Spóźnienie, stara opona i wyjący alarm – BOR zaniedbał bezpieczeństwo prezydenta?
Jeżeli „Rzeczpospolita” ujawniła prawdziwą wersję historii opony, która pękła 4 marca w prezydenckiej limuzynie, to szef BOR płk Andrzej Pawlikowski już powinien szykować się do dobrej zmiany.
Sebastian Grzeszczyszyn/Forum

Według „Rz” w pancernym BMW, którym pan prezydent Andrzej Duda wybrał się na narty, założono wysłużoną oponę z magazynu przedmiotów przeznaczonych do utylizacji. Podczas jazdy włączył się alarm ostrzegający o problemach z ciśnieniem w tej właśnie oponie, ale kierowca sygnał zlekceważył. Opona wybuchła i mało brakowało, aby doszło do wypadku, w którym życie prezydenta byłoby zagrożone.

Zaraz po zdarzeniu szefowie Biura Ochrony Rządu ogłosili, że odpowiedzialność za zły stan opon w prezydenckiej limuzynie odpowiadają ich poprzednicy, bo nie przestrzegali norm eksploatowania opon zalecanych przez producenta. W ten prosty sposób wskazali winnych, a siebie oczyścili z podejrzeń. Jak się okazuje, nie do końca, bo jeżeli „Rz” ujawniła prawdę, to właśnie wskoczyli na listę głównych podejrzanych.

Marcin Kędryna, kolega Andrzeja Dudy z podstawówki, były dziennikarz, a dzisiaj zatrudniony w Kancelarii Prezydenta w charakterze doradcy do spraw mediów społecznościowych, napisał na Twitterze: „Tekst o wypadku PAD w Rzepie w sporej części to bzdury. Tak łatwo weryfikowalne, że na miejscu redaktorów zapadłbym się ze wstydu pod ziemię”. Kędryna, jak wynika z jego poprzednich wpisów, był naocznym świadkiem prezydenckiego wypadku na autostradzie, ale wydaje się, że to za mało, aby mógł znać kulisy dotyczące ogumienia pancernego samochodu. Z dużą pewnością siebie zarzucił dziennikarzom „Rz” kłamstwo, ale nie podał dowodów potwierdzających, że to on ma rację.

Zupełnie inaczej do sprawy podeszli szefowie MSWiA. Wiceminister Jarosław Zieliński poinformował o powołaniu komisji, która zbada, czy miały miejsce fakty z publikacji w „Rz”. W przeciwieństwie do prezydenckiego doradcy, który natychmiast pozwolił sobie na mało eleganckie w tonie dementi ustaleń dziennikarzy, wiceminister Zieliński wyznaczył komisji termin dwutygodniowy na zbadanie stanu rzeczy.

Nie powiedział natomiast, jakie decyzje zostaną podjęte, jeżeli komisja potwierdzi, że odpowiedzialność ponoszą szef BOR i jego ludzie, bo świadomie narazili prezydenta na niebezpieczeństwo. Wydaje się, że wyłącznie dymisje to za mało. Sprawą powinna zająć się prokuratura i jeżeli stwierdzi, że doszło do nieprawidłowości, finałem będzie akt oskarżenia w związku z niedopełnieniem obowiązków.

O tym, że w BOR dzieje się nie najlepiej, donosi też „Super Express”. Dziennikarze ustalili, że szef BOR z domu do pracy jeździ wartym 300 tys. zł pancernym land roverem. Eksperci, do których zwrócił się „SE”, stwierdzili, że właśnie takim pojazdem powinien udać się prezydent Duda na swoją narciarską wyprawę. Ale tak się nie stało, prezydenta wysłano w góry limuzyną na zdezelowanych oponach, bo land rovera potrzebuje szef BOR. Za to akurat winy na swoich poprzedników zrzucić nie może.

Sprawa, jak mawiają policjanci, jest rozwojowa. Niebawem zapewne dojdzie do nowych ustaleń w sprawie opon, pancernych samochodów i narciarskich eskapad. Jak na średniej wielkości kraj, ale z dużymi politycznymi aspiracjami, przygodom pana prezydenta i jego ochroniarzy towarzyszy niepoważna oprawa. Trochę jak z marnej operetki.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj