Nowa ustawa naprawcza tym się różni od poprzedniej, że jak nie kijem ten Trybunał, to pałką
Ale są jeszcze sędziowie w Berlinie!
Tylko naiwni sądzili, że może będzie inaczej, jakieś światełko w tunelu, jakaś próba kompromisu czy szukanie przyzwoitego wyjścia.
Sala rozpraw w Trybunale Konstytucyjnym
Agencja Gazeta

Sala rozpraw w Trybunale Konstytucyjnym

PiS nie zboczył z kursu niszczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przepchnął dziś przez Sejm nową ustawę naprawczą, która chyba tym się różni od poprzedniej, że jak nie kijem ten Trybunał, to pałką.

Zresztą po co piszemy, że „przepchnął”? Uczynił to z łatwością odrzucono wszystkie poprawki zgłoszone przez opozycję, i to głównie na debatach nocnych. Zresztą po co piszemy „debatach”, skoro żadnych dyskusji z opozycją nie było, nie pozwolono nawet na zadawanie pytań.

PiS tłumaczy, że nowa ustawa uwzględnia jakieś postulaty Komisji Weneckiej. To nieprawda. Komisja ta rzeczywiście wskazywała, że funkcjonowanie Trybunału można w przyszłości zmienić, ale akcentowała, że warunkiem wstępnym i nieodzownym jest publikacja i poszanowanie jego dotychczasowych wyroków – co nowa ustawa naprawcza ignoruje.

Komisja, jak i całe polskie środowisko prawnicze, zwracała poza tym uwagę, że doniosłych ustaw ustrojowych nie można wprowadzać nocą i w trzy dni, bo to nie jest przyzwoite prawodawstwo. I co z tego? Większość rozwiązań pierwszej ustawy naprawczej Trybunał uznał za niezgodne z konstytucją. No to teraz PiS powtórzył je w nowej ustawie z nową datą.

Nie ulega wątpliwości, że konsekwentnie ktoś znów tę ustawę zaskarży, a Trybunał znów uzna te postanowienia za niekonstytucyjne, bo powinien szanować własne stanowisko i opinię najwybitniejszych polskich gremiów prawniczych. Tak można przez całą kadencję. PiS jest jak mocarny szatniarz z kultowego filmu: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Nie będzie kontroli konstytucyjności prawa w Polsce – i co nam zrobicie?

Poeta i adwokat francuski François Andrieux jest autorem historycznej anegdoty o prostym młynarzu, który miał młyn w sąsiedztwie wakacyjnej posesji króla Prus Fryderyka Wielkiego. Królowi przeszkadzał młynarz czy hałas żaren – więc chciał najlepiej młyn wykupić. A gdy młynarz się nie zgodził, król zagroził mu wywłaszczeniem i przegnaniem. – Ale są jeszcze sędziowie w Berlinie! – miał odszczeknąć prosty młynarz, bo wierzył w niezależność władzy sądowniczej, która nie boi się nawet Fryderyka Wielkiego. Andrieux przekonuje nas, że Fryderyk pogodził się z młynarzem, gdyż pochlebiało mu, że zwykły poddany ma tak wysokie mniemanie o praworządności w państwie.

Przytaczam tę anegdotę jako wyraz nostalgii prawniczej za spokojnymi czasami. U nas optymistycznego zakończenia nie będzie. Partia rządząca może z młynarzem robić, co chce, a ten nie odwoła się do sędziów w Warszawie, bo ci sami są w opałach. Kto się dziś odważy sądzić czyny Jarosława Wielkiego?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj