Kluzik-Rostkowska Joanna
Kobieta pełnomocna
Nominacja Joanny Kluzik-Rostkowskiej na podsekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej została wstrzymana przez środowiska związane z Radiem Maryja. Wokół niezbyt ważnego, zdawałoby się, urzędu rozgorzał zażarty bój. Jak zwykle zresztą przy każdej poważniejszej zmianie politycznej w Polsce.

Wyznała tygodnikowi „Ozon”, że popiera zapłodnienie metodą in vitro. Dodała co prawda, że szczególne nadzieje wiąże z najnowszymi, zachodnimi metodami, które rozwiązują etycznie trudny problem eliminacji dodatkowych zarodków. Jednak na gromy – w Radiu Maryja, Telewizji Trwam, „Naszym Dzienniku” – nie trzeba było długo czekać. W dniu, w którym Joanna Kluzik-Rostkowska miała odebrać półoficjalnie ogłoszoną już nominację, „Nasz Dziennik” określił jej poglądy jako dyskwalifikujące. Nominacja została wstrzymana.

Rozwój awantury obserwowano w Polsce niczym sportową potyczkę. Wykpi się PiS czy też nie wykpi ze spłaty politycznych długów zaciągniętych u katolickiej ultraprawicy? Wszak listy protestu przeciwko powołaniu Joanny Kluzik-Rostkowskiej, które ukazały się na łamach „Nowego Dziennika”, podpisali posłowie Ligi Polskich Rodzin, którzy kilka dni wcześniej głosowali za wotum zaufania dla rządu.

Spór stał się ważnym testem politycznym, a i sprawą honoru, tak dla braci Kaczyńskich, jak i dla premiera Marcinkiewicza. Nie jest tajemnicą, że premier niejako otrzymał Joannę Kluzik-Rostkowską w prezencie od Lecha Kaczyńskiego, z którym współpracowała ona w warszawskim ratuszu. Wyrażają się o sobie wzajemnie jak najlepiej, toteż wróżono, że pani Kluzik znajdzie się w stefie ważnych figur w Pałacu Prezydenckim. Z Marcinkiewiczem poznała się w cztery dni po tym, jak ogłosił on likwidację urzędu pełnomocnika rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn. Przedstawił jej propozycję objęcia nowo tworzonej funkcji w MPiPS. Zrobił na niej dobre wrażenie, przede wszystkim jako człowiek, który potrafi słuchać.

Po „invitrowym” ataku premier Marcinkiewicz miał do wyboru: złożyć głowę niedoszłej pełnomocniczki w ofierze – na dowód ideowej jedności z parlamentarnymi sojusznikami i znaleźć się w sytuacji dla siebie komfortowej (związany jest przecież ze środowiskami konserwatywnymi) – albo dowodzić swej suwerenności. Nic nie wiadomo, by bracia Kaczyńscy interweniowali w obronie pani Joanny, ale z pewnością nie była to dla nich sprawa obojętna.

Ostatecznie sprawę rozwiązano na zasadzie – Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Premier powierzył ministerialną funkcję pani Kluzik, zaś u jego boku na osobnym stanowisku pojawić się ma „doradca do spraw obrony życia”.

Wojna szesnastoletnia

Polityczna awantura wokół spraw związanych z rodziną, reprodukcją, prawami kobiet to nie pierwszyzna. Prof. Renata Siemieńska, socjolog, nie ma wątpliwości, dlaczego to tak gorący temat: – Debata o prawach kobiet, a przez to ich miejscu w społeczeństwie, jest ideologiczna i polityczna przede wszystkim dlatego, że dotyczy wchodzenia kobiet w obszary zarezerwowane dla mężczyzn, a więc zmiany relacji władzy.

W ciągu 16 lat III RP rzecznik spraw rodzinnych i kobiecych różnie był usytuowany w strukturze rządowej, różnie się nazywał i rozmaite osobistości (zwykle bardzo zresztą wyraziste) ten urząd sprawowały. I właśnie te trzy sprawy – usytuowanie, nazwa i obsada – były bardzo ważne, bo kolejne ekipy rządzące definiowały się w ten sposób światopoglądowo.

Utworzenie takiej instytucji to skutek konferencji ONZ w Nairobi w 1985 r. Jej uczestnicy uznali powoływanie tego typu urzędów w rządach poszczególnych krajów za ważny krok, służący poprawie statusu społeczno-zawodowego kobiet.

W rządzie Tadeusza Mazowieckiego obowiązki pełnomocnika ds. kobiet pełniły Helena Góralska i Aleksandra Wiktorow – jako podsekretarze stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. Pierwszym – by tak powiedzieć – wyzwolonym z ministerialnej struktury pełnomocnikiem ds. kobiet i rodziny, ustanowionym uchwałą Rady Ministrów, była – w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego – Anna Popowicz, związana z ówczesną Unią Demokratyczną. Odwołał ją w 1992 r. Jan Olszewski, oficjalnie z powodu niewystarczającej troski o sprawy młodzieży. Rzeczywistej przyczyny upatrywano w sprzeciwie pełnomocniczki wobec kar za aborcję.

Następczynię Anny Popowicz dopiero po 2 latach wskazał premier Waldemar Pawlak. Nie chcąc narazić się ani feministkom, ani Kościołowi, zaprosił do współpracy Barbarę Blidę (SLD), pełniącą równolegle funkcję minister budownictwa. Ta jednak szybko zrezygnowała z dodatkowego stanowiska.

Nominacja Jolanty Banach, także z SLD, przez Józefa Oleksego w 1995 r. oczywiście bardziej usatysfakcjonowała środowiska feministyczne niż katolickie, choć ukłonem w stronę katolickich było przestawienie kolejności w nazwie – na urząd do spraw rodziny i kobiet. Banach podkreślała, że nie jest pełnomocniczką organizacji wyznaniowych, z którymi popadła w konflikt przy pracy nad raportem o sytuacji polskich kobiet, przygotowywanym na konferencję w Pekinie. Organizacje katolickie zarzucały, że raport nie uwzględnia ich stanowiska. Protestowały przeciwko omawianiu w nim kwestii aborcji, przemocy w rodzinie i edukacji seksualnej.

Podział na zadowolonych i rozczarowanych zmienił się diametralnie w 1997 r., gdy premier Jerzy Buzek powołał na pełnomocnika – już tylko – ds. rodziny Kazimierza Kaperę, odwołanego kilka lat wcześniej, w 1991 r., z funkcji wiceministra zdrowia po publicznym nazwaniu homoseksualistów zboczeńcami. Kapera stanowczo sprzeciwiał się aborcji także w przypadku, gdy ciąża byłaby wynikiem gwałtu. Domagał się likwidacji akcji przeciw przemocy w rodzinie, bo uważał, że ich autorzy „straszą kobiety małżeństwem”. Proponował pensje dla matek pracujących w domu.

Kaperę skłoniono do rezygnacji ze stanowiska po jego wypowiedzi, że trzeba się obawiać, abyśmy „jako Europejczycy i jako biała rasa mieli w przyszłości coś do powiedzenia”. Jego następczyni Maria Smereczyńska, popierana przez Radio Maryja, kontynuowała linię poprzednika do 2001 r. Leszek Miller powołując Izabelę Jarugę-Nowacką na pełnomocniczkę – tym razem – ds. równego statusu, wyznaczył kurs w odwrotnym kierunku. Jednym z najgłośniejszych przedsięwzięć Jarugi-Nowackiej było wsparcie przez nią akcji „Niech nas zobaczą”, w ramach której na plakatach w polskich miastach prezentowały się homoseksualne pary. Po awansie pełnomocniczki na wicepremier premier Marek Belka powołał na jej miejsce Magdalenę Środę, doktor habilitowaną filozofii z Uniwersytetu Warszawskiego, znaną z feministycznych poglądów i ostrych komentarzy.

Idealizm filozofki

Złośliwi wytykają, że Magdalena Środa zostanie zapamiętana przede wszystkim z wypowiedzi w Sztokholmie o Kościele współodpowiedzialnym za przemoc w rodzinie oraz z walki z seksistowskimi stereotypami w reklamach i podręcznikach. Za pierwszą sprawę dostało jej się od prawicy, za drugą – paradoksalnie – od niektórych działaczek organizacji kobiecych, które twierdziły, że zawędrowała w ślepą uliczkę, używając raczej argumentów prawicowych konserwatystów niż feministek. „Większy opór niż reklama budzi w nas wizja ruchu kobiecego jako wiecznie obrażonego stróża kobiecej godności, której zagraża falujący w reklamie biust” – pisały Agnieszka Graff i Izabela Kowalczyk w „Gazecie Wyborczej”.

Środa próbowała znaleźć coś w rodzaju wspólnego mianownika dla spraw rodzinnych i kobiecych, który akceptowaliby wszyscy. – Kiedy występowałam w Sejmie, bezwiednie skręcałam w prawo – wspomina po roku urzędowania. – Chciałam przekonać prawicę, że mimo różnic światopoglądowych jest wspólny interes, np. restrukturyzacja rynku pracy tak, by stał się przyjazny dla kobiet. I trochę się rozczarowała. Próbowała rozkręcić system mikropożyczek dla kobiet rozpoczynających działalność gospodarczą, ale, jak sama przyznaje, zabrakło jej wiedzy ekonomicznej, by postawić na swoim. Ale ma też satysfakcję: przeprowadziła ogólnopolską akcję informacyjną dla ofiar przemocy domowej „Przełam przemoc”, uruchomiła infolinię.

W czasie jej kadencji ideologiczny demon wciąż jednak czaił się w kącie i wyskakiwał w mniej lub bardziej oczekiwanych momentach. Zaczęło się – podobnie zresztą jak teraz w przypadku Joanny Kluzik-Rostkowskiej – jeszcze zanim na dobre objęła funkcję. W świat poszła wieść, że zamierza wprowadzić wychowanie seksualne w przedszkolach. Wyjaśnienia, że chodzi o trening uwrażliwiający dzieci na „zły dotyk”, w niewielkim stopniu osłabiły efekt (ku zdziwieniu pełnomocniczki potem okazało się, że takie zajęcia są już prowadzone). – Poza tym każdy, kto do mnie przychodził, pytał mnie o aborcję i prawa homoseksualistów. Mówiłam więc, co myślę – wzrusza ramionami Magdalena Środa. Kilka miesięcy później rozpętała się owa afera po wypowiedzi w Sztokholmie – zdaniem pełnomocniczki niewspółmierna do sprawy. Jeszcze później gorące reakcje wzbudził list do KRRiTV z postulatem kontroli reklam. – Dalsze nagłaśnianie polemiki z reklamodawcami było dziełem samych mediów, a nie moim. Czasem reagowała moja rzeczniczka, bo takie są jej obowiązki – komentuje Magdalena Środa. O kolejnych burzach mówi różnie. Raz, że szkoda, bo zraziły do niej prawicę. Za chwilę, że dobrze, bo wprowadziły ważne problemy do debaty publicznej. – A zmiany w myśleniu to większy zysk niż ustawy, które można zmienić – podkreśla.


Tyle że to dyżurne pocieszenie, od lat zamykające dyskusje o braku zmian legislacyjnych dotyczących kobiet.

Bilans ustawowy z punktu widzenia lewicy czy środowisk feministycznych jest marny: nie ma nowych środków antykoncepcyjnych na listach leków refundowanych. Nikt nie wspomina o ustawie o związkach partnerskich czy liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. A i ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn – tak jak przez ostatnie 10 lat, tak i w ostatniej kadencji – nie uchwalono. Z ust działaczek organizacji kobiecych gęsto sypią się zarzuty pod adresem Środy, że poszła na kompromisy, których jedynym efektem było osłabienie jej pozycji.

Pod koniec kadencji sama pełnomocniczka przyznawała, że w próbach nawiązania kontaktu z prawicą może przedobrzyła. – Tym bardziej że przyjęto jedynie ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i to też bez zakazu bicia dzieci. Wbrew deklaracjom w akcji przeciwko reklamom nie wsparły mnie posłanki prawicy.

– Myślę, że Magdalena Środa próbowała paktu światopoglądowego, bo ma mniej doświadczenia politycznego, a więcej idealizmu. Ja nie łudziłam się, że to się uda – twierdzi Izabela Jaruga-Nowacka. W ogóle o Magdalenie Środzie mówi się, że brakło jej talentu politycznego czy też umiejętności politycznego myślenia.

Joanna Kluzik, rocznik 63

Czy taki talent posiada Joanna Kluzik-Rostkowska, skoro wpadła w podobną pułapkę jak Magdalena Środa? Jedno zdanie w wywiadzie do tygodnika i już zyskała wrogów na prawicy. A feministkom podpadła jeszcze latem: publicznie zarzuciła im brak dystansu do siebie i poczucia humoru, gdy protestowały przeciwko rozwieszonym przez bliżej nieznaną organizację plakatom. Przedstawiały potwory – skrzyżowanie kobiet ze zwierzętami, podpisane hasłem „Jesteś wredna, brzydka i leniwa – zostań feministką”. – Nie chodziło mi o to, że w ogóle protestowały, tylko że w taki sposób: obrażając się i odwołując do „lęków kastracyjnych mężczyzn” – tłumaczy dzisiaj.

Joanna Kluzik, rocznik 1963. Jej mężem jest dziennikarz, mają troje dzieci: 8-letnią Marysię, 6-letnią Kasię i 2,5-letniego Józia. Nieocenionej pomocy w prowadzeniu tak ludnego domu udzielają teściowe, emerytowani pedagodzy.

Wywodzi się z Katowic, tam też rozpoczęła studia matematyczne. Pasja polityczna skłoniła ją jednak do radykalnej przesiadki: na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Szybko znalazła się w opozycyjnym gronie tutejszego Niezależnego Zrzeszenia Studentów, a potem w redakcji podziemnego „Tygodnika Mazowsze”. Gdy ekipa stamtąd wyszła zakładać „Gazetę Wyborczą”, ona zgłosiła się do Tadeusza Mazowieckiego kierującego „Tygodnikiem Solidarność”. Kiedy Lech Wałęsa – po prezydenckim starciu z Mazowieckim – przysłał do „Tysola” Jarosława Kaczyńskiego, została w zespole, co było trudnym wyborem natury politycznej, ale i towarzyskiej. Jarosław nie był zbyt zaangażowanym redaktorem, za to coraz aktywniejszym politykiem.

Joanna Kluzik postawiła na dziennikarstwo. Przeszła dość bogaty szlak m.in.: „Express Wieczorny”, tygodnik „Wprost”, „Nowe Państwo”, a w końcu (jako wicenaczelna) – „Przyjaciółkę”. Ma więc doświadczenie redaktorskie, ale też z satysfakcją wspomina swoje wojenne wyprawy reporterskie na Bałkany i do Czeczenii oraz reporterkę śledczą. Jak wyznaje, lubi i rozumie media i dziennikarzy.

Do warszawskiego ratusza trafiła jako pracownik służb prasowych sądząc, że będzie to ciekawe odwrócenie zawodowej roli. Z biurowym charakterem pracy szybko jednak zaczął kolidować jej temperament. Lubi zaznaczać, że stanowisko pełnomocniczki ds. kobiet i rodziny w stolicy wymyśliła sama. Był to jedyny taki urząd w Polsce (bo samorządowy; pełnomocniczki wojewódzkie działały jako terenowe ogniwa urzędu kierowanego przez Magdalenę Środę). Lech Kaczyński zaakceptował pomysł w 10 minut. I taki właśnie sposób współpracy – szybka decyzja, a potem całkowita samodzielność – bardzo Joannie Kluzik we współpracy z Kaczyńskim odpowiadał.

Dostała samodzielność, ale budżetu już nie, co, zdaniem wielu, skazało ją na prowadzenie de facto wirtualnych kampanii. Ona sama z braku osobnych pieniędzy nie robi sprawy, a swoje główne dzieło – portal internetowy warszawianka.waw.pl – uważa za udane. Pomyślany został dość odważnie – jako połączenie serwisu miejskiego z poradnikową stroną dla kobiet (doświadczenia z prasy kobiecej). Głośno było o jej akcji „superprzedszkole”, w ramach której rodzice zgłaszali propozycje zmian w pracy przedszkoli i dowiadywali się, czego mogą żądać. Razem ze współpracowniczkami wymyśliła kilka sposobów stworzenia nowych miejsc pracy dla kobiet i wystąpiła do instytucji europejskich o pieniądze na realizację pomysłów. Wystartowała do Sejmu z listy PiS pod hasłem „Dla Ciebie i Twoich dzieci” – bezskutecznie (przyznaje, że kampanię miała mizerną). Rozpoczęła też akcję „Stop przemocy w rodzinie”: ofiary dowiadują się, gdzie szukać ratunku.

Po pierwsze praca

Z feminizmem Joanna Kluzik się nie identyfikuje. – Bo przeciwstawia kobietę i mężczyźnie, i rodzinie – tłumaczy. Uważa, że skuteczniej poprawia się własną pozycję w domu i na polu publicznym współpracując z mężczyznami, a nie walcząc z nimi. – W wielu domach udaje się dobrze funkcjonować w modelu partnerskim, a nie patriarchalnym. Nie obraża się za prześmiewczy ton w komentarzach feministek o powołaniu „urzędu ds. szczęśliwej rodziny”. – Przecież większość ludzi żyje w rodzinie albo chce żyć. I chce być szczęśliwa. Według niej to właśnie nazwa urzędu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn była niefortunna, bo wymuszała konfrontację.

Choć co do tego, że z równością jest różnie, Kluzik-Rostkowska się zgadza. – Ale żeby to zmienić, nie ma co zaczynać od walki z reklamami czy od ustawy o równym statusie. Ja wybieram inną drogę. I opowiada o umacnianiu pozycji kobiet w społeczeństwie, rodzinie i związku, co da się zrobić pomagając im przede wszystkim na rynku pracy.

Mówi, że doświadczenia z warszawskiego ratusza, a wcześniej z prasy, utwierdziły ją w przekonaniu, że kłopoty ze zdobyciem i utrzymaniem pracy to jest dziś główny problem kobiecy. Tu jest główna odpowiedź na pytanie, dlaczego kobiety nie decydują się na dzieci. Tu jest też w jakimś sensie źródło ewolucji jej własnych poglądów politycznych.

Opowiada, jak zaczęły do niej do ratusza przychodzić mądre, wykształcone 50-latki, których nikt nie chciał do pracy tylko z powodu wieku, albo wspaniałe dziewczyny wytrącone z kariery z powodu ciąży. – Liberalny program polityczny być może za 20 lat skończyłby się pomyślnością Polski, ale po drodze skazalibyśmy na klęskę i społeczne wykluczenie wiele osób. Zbyt wiele kobiet, a zwłaszcza dzieci, które być może już nigdy ze społecznych dołów by się nie wydostały.

Swych światopoglądowych przekonań Joanna Kluzik-Rostkowska nie ukrywa. (Żartuje, że Lech Kaczyński, jeszcze gdy obejmowała stanowisko w Warszawie, polecił, by „nie była zbyt konserwatywna”). Nie trzyma się ultrareligijnego nurtu „zachowywania rodziny mimo wszystko”: – Kobieta powinna mieć pracę także po to, żeby nie być skazana na znęcającego się faceta. Kiedy ma pieniądze, może go albo wyrzucić, albo sama wyjść, bo stać ją na wynajęcie mieszkania.

Ale w kolejnym zdaniu zaznacza, że wolałaby być postrzegana inaczej niż Magdalena Środa. Choć degustują ją seksistowskie reklamy, protesty przeciwko nim uważa za marnowanie amunicji. Twierdzi, że nie ma w Polsce dyskryminacji gejów, toteż nie podobają jej się pomysły w rodzaju Parady Równości. Byłaby przeciwna ustawie o związkach partnerskich, sprzeciwia się też dopuszczalności aborcji z przyczyn społecznych. Godzi się natomiast z powszechnym stosowaniem środków antykoncepcyjnych. – Ale nie wyobrażam sobie ich refundowania, skoro państwa nie stać na zapewnienie leków chorym na nowotwory. Nie zaprzecza konieczności edukacji seksualnej. – To jednak sfera bardzo delikatna i trzeba uzyskać wyjątkowo szerokie poparcie społeczne dla sposobu, w jaki się taką edukację prowadzi.

Swoje osobiste poglądy uważa jednak za drugorzędne i mało interesujące dla publiczności z punktu widzenia zakresu obowiązków, który ewentualnie zostałby jej powierzony. Twierdzi, że usytuowanie urzędu i narzędzia, którymi będzie dysponować, są dobrze przycięte do zamiarów. Solidna opieka nad kobietami w ciąży, rozwój przedszkoli, unowocześnienie żłobków, likwidacja domów dziecka na rzecz rodzin zastępczych, tworzenie – z pomocą pieniędzy unijnych – miejsc pracy dla kobiet, walka z przemocą domową. Jest co robić.

Woda na lont

Wracając do 16-letniej wojny o rodzinnych i równościowych pełnomocników, nie można nie zauważyć, że echa wypowiedzi pełnomocników prawicowych pobrzmiewały potem w ustach pełnomocników lewicowych i odwrotnie. Niekiedy nawet tych, którzy występowali w skrajnie różnych kostiumach politycznych. Docenić pracę kobiet, oddanych tylko zajęciom domowym, postulowali i Kazimierz Kapera (pensje), i Magdalena Środa (prawo do połowy emerytury męża).

Dr hab. Środa poszukiwała patentu na światopoglądowy pakt. Joanna Kluzik-Rostkowska deklaruje raczej wycofanie z tego pola. Wybrała dla siebie emploi skromnej wiceminister, oddanej pracy organicznej. Czy to się uda?

Jest pewien paradoks w tym, że obszar, o którym pierwszoplanowi politycy mówią z uśmiechem pobłażania, okazuje się polem zażartej ideologicznej bitwy, w której trzeba się wykazać szczególną czujnością. Czy rzeczywiście jeden nieostrożny ruch na tym stanowisku niweczy szanse na porozumienie wokół niektórych oczywistych społecznych konieczności? Walka z przemocą domową czy poprawa sytuacji kobiet na rynku pracy już dawno powinny zejść z listy lontów zapalających ideologiczne wojny.

    

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj