Jak radzą sobie Polacy w XXI wieku
Szczęśliwa dekada
Dekada, która się kończy, zmieniła w Polsce prawie wszystko. Od stopy życiowej i podziału bogactwa, przez stosunki rodzinne po nasze postawy ideowe i poglądy polityczne. Nawet ci sami nie są dziś tacy sami.

Kto z nas zachował emocjonalną pamięć ponurego 2000 r.? Kto pamięta, co czuł i jak mu się wiodło w roku śmierci Tischnera, Herlinga-Grudzińskiego, Szczypiorskiego, Karskiego, Giedroycia? W roku upadku Banku Staropolskiego, samobójstwa/zabójstwa byłego wicepremiera Sekuły, Oscara dla Wajdy i rozpadu koalicji AWS-UW… A był to także rok błyskotliwego zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach, które dały mu drugą kadencję, i wybuchu popularności Lecha Kaczyńskiego, którego premier Buzek wyciągnął z lamusa, by powierzyć mu resort sprawiedliwości.

Ten rok był jak gniazdo, w którym wielkie ptaki złożyły już swoje jaja, ale z żadnego nic się jeszcze nie wykluło. Z jednej strony triumf Kwaśniewskiego zapowiadał bliskie miażdżące zwycięstwo lewicy w wyborach parlamentarnych i wszystkie kłopoty, które ono przyniosło. Z drugiej IV RP została poczęta, gdy pod koniec roku minister Lech Kaczyński rozesłał do prokuratorów instrukcję nakazującą zaostrzenie polityki karnej, a Sejm uchwalił ustawę pozwalającą zamykać do więzienia każdego mającego jakąkolwiek ilość jakiejkolwiek substancji uznanej za narkotyk.

Z jednej strony, w drodze do Europy czarne tablice rejestracyjne zaczęliśmy zastępować białymi, Sejm zaczął uchwalać „ustawy europejskie”, kurs złotego został upłynniony, ale z drugiej, stagnacja zwiększała bezrobocie, rząd Buzka pogrążał się w korupcji i nepotyzmie, minister Dębski z hukiem stracił posadę, by wkrótce stracić też życie, Daniel Olbrychski szablą ciął wiszące w Zachęcie portrety aktorów w hitlerowskich mundurach, a ZChN oszalał na widok także wystawionej w Zachęcie figury JPII przywalonej ciężarem głazu w kształcie Ziemi.

Dziwny start

Dziwny to był czas. Już wdarliśmy się do NATO, ale do Unii mieliśmy jeszcze kawał drogi. Mieliśmy już za sobą całą dekadę wolności i rozwijającego się rynku, ale praktycznego pożytku było z tego niewiele. Niewiele było zwłaszcza bogactwa. Dostatek – największa obietnica rynku – był jeszcze przed nami. Realnie zarabialiśmy wtedy średnio mniej niż dwie trzecie tego, co zarabiamy dziś. W 2000 r. konkretnie 655 zł (w cenach z 2005 r.) miesięcznie na członka rodziny, wobec 1047 zł w 2009 r.

Niby byliśmy jeszcze przyzwyczajeni do biedy lat 80., ale boleśnie czuliśmy ciężar niedostatku. Prawie połowie z nas nie starczało na bieżące potrzeby (dziś twierdzi tak 28 proc.). Tylko kilkanaście procent było zadowolonych z sytuacji finansowej rodziny (dziś 29 proc.). Niedostatek obciążał całą naszą egzystencję. Tylko co trzeci z nas oceniał swoje dotychczasowe życie jako ogólnie udane (teraz 47 proc., patrz wykres na s. 33). Społeczeństwo, które zaledwie 10 lat wcześniej osiągnęło historyczny sukces, było sfrustrowane i rozczarowane. I trudno się temu dziwić.

Pierwsza dekada transformacji nie była dla większości z nas specjalnie satysfakcjonująca. W naszej własnej ocenie lata 90. niewiele poprawiły. Dominowała raczej przygnębiająca emocjonalna stagnacja. Z własnego wykształcenia i z dzieci byliśmy nawet mniej zadowoleni niż na początku dekady. Warunki mieszkaniowe, bezpieczeństwo, pracę ocenialiśmy podobnie jak 10 lat wcześniej. Blisko 90 proc. nie było zadowolonych ze swoich perspektyw na przyszłość.

Proszę sobie nie ułatwiać zadania spekulacjami w rodzaju: przyszedł kapitalizm, jedni bogacili się szybciej, a drudzy wolniej, więc ci bogacący się wolniej byli sfrustrowani itd. W 2000 r. rozwarstwienie było większe niż w PRL, ale znacznie mniejsze niż teraz. A nasze nastroje były nieporównanie gorsze niż dziś. Ówczesnych frustracji, lęków, złości nie da się wytłumaczyć zawiścią. To by było zbyt łatwe.

Doświadczenie kończącej się dekady uczy, że wbrew obiegowym opiniom większość z nas potrafi racjonalnie docenić poprawę swojej sytuacji, także wtedy, gdy sytuacja innych poprawia się szybciej. W 2000 r. średni dochód na osobę w rodzinie z najzamożniejszej ćwiartki społeczeństwa był trzy i pół raza wyższy niż w rodzinie z najuboższej ćwiartki. Dziś jest już wyższy blisko cztery i pół raza. W liczbach bezwzględnych dystans wzrósł z 978 do 1850 zł. Dziś – mimo istotnego wzrostu rozwarstwienia – osób zadowolonych z sytuacji materialnej rodziny jest dwa razy więcej niż na początku dekady.

Zatłoczona winda

Na przekór obiegowym opiniom struktura społeczna wciąż się jeszcze w Polsce nie zamknęła. Ciągle przetasowania dokonują się nie tylko na liście najbogatszych „Forbesa”. W ciągu ostatnich dwóch lat tylko nieco ponad 60 proc. rodzin utrzymało się w ćwiartce najzamożniejszych. Dochody blisko 40 proc. najzamożniejszych rodzin relatywnie spadły, przesuwając je do niższych ćwiartek struktury dochodowej, a niemal 3 proc. zostało zdegradowane z najwyższej do najniższej ćwiartki, co oznacza utratę blisko 80 proc. dochodu na osobę w rodzinie. Z drugiej strony, ponad jedna trzecia rodzin, które dwa lata temu były w najniższej dochodowo ćwiartce społeczeństwa, przesunęła się wyżej.

Jeszcze większa jest ruchliwość pomiędzy środkowymi ćwiartkami dochodowymi. Do tej samej ćwiartki, co dwa lata temu, należy tam tylko nieco ponad 40 proc. rodzin. Pod tym względem Polska wciąż jest wyjątkowym krajem, w którym spełnia się amerykański mit nieustannie mknącej w górę i w dół ekspresowej windy, niemal w każdej chwili mogącej niemal każdego wynieść niemal na szczyt lub zawieźć na dno struktury dochodowej.

Linia szczęścia

W perspektywie dekady najzamożniejsza jedna czwarta polskich rodzin zwiększyła swoje realne dochody o 75 proc., a ćwiartka najuboższa o 40 proc. To pokazuje skalę wzrostu nierówności, mogącą usprawiedliwić zawiść mniej zamożnych. Bo skoro sąsiad zamienił Escorta na Cayenne, a ja tylko malucha na Lanosa, to wprawdzie się wzbogaciłem, ale czuję, że różnica między mną a sąsiadem wzrosła, więc mogę mu zazdrościć. To napięcie wywołane wzrostem rozwarstwienia nie przeszło bez śladu. Wydaje się, że miało ono istotny wpływ na dziwny kształt polskiej krzywej szczęścia.

 

Przez całą dekadę we wszystkich grupach społecznych realne dochody systematycznie rosły, a stres finansowy malał. Dość systematycznie rosło także zadowolenie z praktycznie wszystkich aspektów naszego życia – od seksu, po osiągnięcia życiowe i perspektywy na przyszłość, przez zdrowie, wykształcenie, warunki mieszkaniowe (co pokazuje wykres na s. 29). Nasze poczucie szczęścia (wykres na s. 33) też istotnie wzrosło, ale rosło inaczej. Nie systematycznie, ale dużymi skokami, których dokonywaliśmy nie wtedy, gdy szybciej się dorabialiśmy, ale gdy wolniej rosły rozpiętości dochodów. To chyba nie może być zbieżność przypadkowa, choć to oczywiście nie jedyny czynnik, który o poczuciu szczęścia decyduje.

Od 1995 do 2003 r., czyli przez długie 8 lat szybkiej transformacji, mimo zachodzących w Polsce radykalnych zmian, grupa Polaków deklarujących, że są ogólnie szczęśliwi lub bardzo szczęśliwi, była w zasadzie niezmienna. Gwałtownie wzrosła dopiero między 2003 a 2007 r., kiedy rozpiętość dochodów niemal się ustabilizowała. W zaledwie cztery lata udział osób szczęśliwych w całym społeczeństwie skoczył wówczas z 65 do 76 proc., co dało nam awans do światowej pierwszej ligi najszczęśliwszych społeczeństw. Gdy po 2007 r. rozpiętości znowu szybko wzrosły, krzywa szczęścia stanęła w miejscu, tak jak stała między 1995 a 2003 r., gdy różnice rosły z podobną szybkością.

Stres polski

Żadnej zmiany społecznej nie da się ocenić całkiem jednoznacznie. Bo zwykle jest coś za coś. Każdy model rozwoju jednym sferom sprzyja, a inne osłabia. Pieniądze to nie wszystko. Liczą się też emocje. Równowaga społeczna i poczucie bezpieczeństwa są ważne, ale do garnka włożyć się ich nie da. Kiedy społeczeństwa się modernizują, zwykle słabną tradycyjne więzi. Gdy więcej pracujemy, to więcej zarabiamy, ale mamy mniej czasu dla innych. Bogacąc się przeważnie osłabiamy trwałość małżeństw. Zwykle więc poprawie (zwłaszcza radykalnej) naszych odczuć w jakiejś istotnej dziedzinie towarzyszy pogorszenie w innej. Pod tym względem kończąca się dekada robi wrażenie dosyć wyjątkowe. Bo nie tylko systematycznie rosły nasze dochody i zadowolenie z wszelkich dziedzin życia (wyjątkiem jest niewielki spadek zadowolenia z sytuacji w kraju odnotowany w 2007 r.), ale też wyraźnie malały wszystkie nasze stresy. Polacy czuli się coraz pewniej i spokojniej we wszystkich swoich rolach. Nawet bezrobotni z roku na rok stresowali się coraz mniej.

To jednak nie znaczy, że nasz stres rozkłada się równo. Generalnie, czym kto jest biedniejszy, tym bardziej się stresuje, ale – trudno uwierzyć – najbardziej zestresowani są teraz rolnicy, którzy po raz pierwszy nieznacznie wyprzedzili przedsiębiorców.

Ciekawsza zmiana dotyczy jednak tego, jak stresem życiowym dzielą się polskie rodziny. Jeszcze na początku dekady mężczyźni bez względu na sytuację rodzinną byli znacznie bardziej zestresowani niż kobiety. Potem z roku na rok sytuacja się komplikowała, bo stres męski słabł szybciej niż stres kobiet. W 2003 r. single byli już mniej zestresowani niż singielki, a w małżeństwach bezdzietnych mężowie mniej się stresowali niż żony.

Tegoroczna krzywa polskiego stresu (patrz wykres obok; poziom stresu mierzono dość skomplikowaną metodą, której opis pomijamy) zdaje się opisywać zasadniczą zmianę relacji między płciami. Mężczyzna żyjący samotnie jest trochę mniej zestresowany niż żyjąca samotnie kobieta. Ojciec samotnie wychowujący dzieci czuje dużo mniejszy stres niż samotna matka. Poziom stresu kobiety i mężczyzny w bezdzietnym małżeństwie jest niemal identyczny. Gdy jednak w małżeństwie pojawia się dziecko, poziom stresu obojga małżonków w istotny sposób rośnie, ale – na przekór powszechnym przekonaniom – stres ojca rośnie dużo bardziej niż stres matki. I czym więcej dzieci, tym wyższy jest zarówno poziom stresu obojga rodziców, jak też różnica pomiędzy stresem kobiecym i męskim.

Życie z kobietą i dziećmi jednocześnie zdaje się więc mężczyznom coraz mniej sprzyjać. Ale może trzeba raczej powiedzieć, że mężczyźni coraz lepiej radzą sobie z dziećmi, a gorzej z kobietami.

Finansowa lekkość bycia

Ciekawe jest też to, co nas – o dziwo – nie stresuje, chociaż chyba powinno. W kontekście dość szybko rosnących dochodów oczywisty wydaje się spadek stresu finansowego. Ale znacznie trudniej jest ten ogarniający nas spokój zrozumieć widząc, że wzrost konsumpcji zdecydowanie wyprzedził wzrost dochodów, powodując lawinę zadłużenia rodzin. Zwłaszcza że badanie prowadzono na przełomie marca i kwietnia 2009 r., kiedy najwięcej mówiło się o gwałtownie rosnących ryzykach związanych ze spłacaniem kredytów, a do największych długów przyznawały się małżeństwa z dziećmi.

 

Przez sześć lat, jakie minęły od 2003 r., gdy w Diagnozie Społecznej po raz pierwszy zadano to pytanie, wśród rodzin zadłużonych grupa małżeństw z przynajmniej trójką dzieci, których dług przekroczył ich sześciomiesięczne dochody, zwiększyła się z 17 do 37 proc. Wśród rodzin z dwójką dzieci ten odsetek wzrósł z 28 do 36 (z 28 do 38 wśród rodzin z jednym dzieckiem). Niewiele wolniej powiększały swoje zadłużenie osoby z grup materialnie uprzywilejowanych – single (wśród zadłużonych grupa z długiem powyżej półrocznych dochodów wzrosła z 13 do 26 proc.) i bezdzietne małżeństwa (wzrost z 23 do 33 proc.).

Co gorsza, grupy najbardziej zadłużone pożyczały głównie na bieżące wydatki i na poprawę jakości życia. Tylko co szósta rodzina finansowała z pożyczek kształcenie, rozwój działalności gospodarczej czy narzędzia pracy, czyli inwestycje w wyższe przyszłe dochody. Ci, którzy z kredytów finansowali przyjemniejszy styl życia, pewnie sobie poradzą, rezygnując z części przyjemności. Gorzej będzie z tymi, którzy się zadłużali, by związać koniec z końcem.

Nieufni – nie bez racji

W kontekście kryzysu łatwo można zrozumieć wyraźny spadek zaufania do sektora finansowego. Nie wszystkie instytucje tego sektora zostały jednak dotknięte takim samym spadkiem. Funduszom inwestycyjnym i emerytalnym ufa dziś niewiele ponad połowa z tych kilkunastu procent Polaków, którzy ufali im zaledwie dwa lata temu. Co gorsza, znacząco spadło też zaufanie do banków (o 18 proc.), a nawet do ZUS (o 13 proc.).

Z punktu widzenia zdolności gospodarki do wyjścia z kryzysu, jest to duża strata. Bo bez zaufania sektor finansowy nie jest w stanie efektywnie działać. Zaufanie zaledwie 44 proc. Polaków do banków, 21 proc. do ZUS, blisko 10 proc. do funduszy emerytalnych i 7 proc. do funduszy inwestycyjnych wygląda dramatycznie. Nie działa specjalnie na pociechę, że Sejmowi ufa niespełna 8 proc. Polaków, a rządowi i prezydentowi mniej więcej po 13 proc. Na tle innych europejskich społeczeństw Polacy są wciąż dramatycznie nieufni. W 2007 r. europejska średnia zaufania wynosiła 32, a polska 10,5 proc.

Nie jest jednak pewne, czy powinniśmy – jak to się już utarło – mieć o tę nieufność pretensję. Instytucje finansowe nie straciły przecież zaufania bez wyraźnego powodu. Straciły je, bo wprowadziły miliony Polaków w błąd, mamiąc ich krociowymi zyskami (fundusze) albo wmawiając im, że zrobią złoty interes biorąc kredyty, których już dziś nie są w stanie spłacać (banki). Obdarzyliśmy sektor finansowy zaufaniem znacznie przekraczającym naszą ogólną ufność i zawiedliśmy się, więc odpłaciliśmy im nieufnością. Jest to zdrowa reakcja zdrowo myślących ludzi.

Mniej tęskno za PRL

Z instytucjami politycznymi jest w gruncie rzeczy podobnie. Od ostatnich wyborów tyle razy zostaliśmy oszukani przez Sejm, rząd i prezydenta, że musielibyśmy być kompletnie bezmyślni, by jeszcze im ufać. 60 proc. nieufających instytucjom politycznym zachowuje się więc racjonalnie. Tę nieufność można też tłumaczyć negatywną oceną reform i ich wpływu na naszą sytuację. Jeszcze na początku dekady tylko 7 proc. Polaków uważało, że udały się reformy przeprowadzone w Polsce po 1989 r. I tylko 14 proc. pamiętających życie w PRL twierdziło, że teraz żyje im się łatwiej. Przeciwnego zdania było odpowiednio 48 i 61 proc. Nawet jeśli się pamięta, że łatwiej nie znaczy lepiej, i respondenci często mieli zapewne na myśli raczej prostotę i bezpieczeństwo niż jakość życia, trudno oczekiwać, by ludzie ufali instytucjom odpowiedzialnym za niekorzystne zmiany, które skomplikowały życie większości społeczeństwa. A tak władza jest w Polsce postrzegana.

Pod tym względem kończąca się dekada też jednak przyniosła spory postęp. Co prawda wśród tych, którzy pamiętają życie w poprzednim ustroju, wciąż więcej jest osób twierdzących, że było ono łatwiejsze, ale proporcje istotnie się zmieniły. Przez 10 lat grupa uważająca, że łatwiej żyje się w nowym ustroju, wzrosła niemal dwukrotnie (z 14,2 do 27,2 proc.), a grupa wierząca, że lepiej żyło się w PRL, zmalała o jedną trzecią (z 61,3 do 41,1). Poprawiła się też społeczna ocena reform. O jedną czwartą zmalała liczba ocen negatywnych (z 48 do 35,7 proc.), a liczba ocen pozytywnych wzrosła niemal dwukrotnie (z 7,7 do 12,4 proc.). Rozrzut opinii jest jednak dość znaczny. Z reform zadowolony jest co piąty przedsiębiorca, a tylko co dwudziesty bezrobotny i co dziesiąty emeryt. Mężczyźni są znacznie bardziej zadowoleni niż kobiety. Akceptacja reform wyraźnie rośnie z wykształceniem, ale zależność od wieku nie jest tak jednoznaczna. Najgorzej oceniają reformy osoby poniżej 24 i powyżej 65 roku życia (poniżej 10 proc. akceptacji), a najlepiej osoby w wieku 25–34 lata (15,2 proc.).

Coraz lepsza pamięć

Ciekawy proces można jednak zauważyć, porównując dynamikę opinii na temat zmiany systemu z cyklem politycznym. W pierwszych latach dekady ciążyło zmęczenie reformami Buzka. Ale ważną rolę odegrał też zapewne rozpaczliwy finał dwóch kolejnych rządów – Buzka i Millera – oraz gwałtowny atak obozu IV RP na wszystko, co w Polsce stało się po 1989 r. Na reformy, sukcesy gospodarcze, liberalną demokrację, Unię Europejską. Ten atak, hucznie rozpoczęty wraz z wybuchem afery Rywina w grudniu 2002 r., zbiegł się z tąpnięciem ocen III RP w badaniu przeprowadzonym wiosną 2003 r. Gwałtownie przybyło wtedy krytyków reform (skok z 48 do 55,7 proc.) i nawet ubyło nieco tych, którym w III RP żyło się łatwiej niż w PRL (z 14,2 do 13,6). III RP została jednak naprawdę doceniona dopiero, gdy w polityce do głosu doszli jej najsurowsi krytycy.

 

Gdy obóz IV RP szedł do władzy dezawuując wszystko, co zrobili jego poprzednicy, w ciągu dwóch lat grupa krytyków reform zmalała o 20 proc. W podobnym stopniu wzrosła grupa osób uważających, że w III RP żyje im się łatwiej. Prawdziwa erupcja zadowolenia z III RP nastąpiła jednak dopiero, gdy PiS doszedł do władzy. Między 2005 a 2007 r. gwałtownie wzmocnili się zarówno zwolennicy reform 1989 r., jak przekonani, że w PRL żyło im się trudniej.

Można by sądzić, że to zwykła przekora, wyraz nadziei związanych ze zmianą władzy albo efekt długo oczekiwanego wzrostu gospodarczego. W pewnej mierze zapewne tak było. Ale zachodząca niemal jednocześnie zmiana postaw politycznych nasuwa inną interpretację.

Kapitał na kryzys

Niewątpliwie także w polityce zdecydowana akcja wywołuje reakcje obronne. Tak było i tym razem. Obóz IV RP atakował nie tylko reformy, ale też logikę ustrojową państwa liberalno-demokratycznego. Tolerancji, podporządkowaniu władzy procedurom, swobodom jednostki i indywidualizmowi Kaczyńscy, Rokita i Giertych przeciwstawiali wartości konserwatywne, porządek, tradycjonalizm, silną władzę, wartości wspólnotowe. Jeśli nie ma jakiegoś traumatycznego tąpnięcia, poglądy w tych sprawach w niewielkim stopniu zależą od wzrostu gospodarczego i stosunku do władzy. A jednak zaszła tu bardzo istotna zmiana.

Między 2003 r., kiedy wraz z aferą Rywina wybuchł wielki spór o dorobek i model polskiej demokracji, a 2007 r., kiedy po zwycięstwie PO fundamentalny spór zdecydowanie ostygł, Polacy zaczęli wreszcie doceniać zalety demokracji. Może wciąż jeszcze nie w pełni ją doceniają, ale cenią ją nieporównanie wyżej niż na początku dekady. Przez cztery lata (2003–2007) grupa osób przekonanych, że demokracja ma przewagę nad innymi formami rządów, wzrosła o połowę i w podobnym stopniu zmalała (niewielka) grupa przekonana, że demokracja jest złą formą rządu, a wciąż liczna grupa sądząca, że nie ma znaczenia, czy rząd jest demokratyczny, czy nie, skurczyła się z grubsza o jedną czwartą. To pokazuje, że III RP wygrała spór z IV RP nie tylko dzięki swoim sukcesom gospodarczym, ale też dzięki zwycięstwu w wielkiej ideowej i ustrojowej debacie, która się przetoczyła przez Polskę.

Ta zmiana dotyczy jednak nie tylko świadomości, lecz także emocji i wartości. Konstrukcja IV RP odwoływała się do głębokiej nieufności Polaków i robiła, co mogła, by tę nieufność pogłębić. Temu służyła ideologiczna wojna z agentami, mafiami, układami, korupcją. W pierwszej chwili ideologia totalnej nieufności chwyciła. Między 2002 i 2003 r. zaufanie spadło o 20 proc. W miarę jednak, jak po zdobyciu władzy przez obóz IV RP okazywało się, że mroczne legendy snute przez liderów POPiS nie mogą znaleźć potwierdzenia w faktach, zaufanie społeczne zaczęło się odradzać i w tym roku odzyskało poziom sprzed afery Rywina.

Trwająca cztery lata (2003–2007) wielka narodowa debata zmieniała nie tylko naszą ocenę reform, stosunek do demokracji i poziom zaufania, lecz także głębsze postawy ideowe. Diagnoza uchwyciła to, co daje się wyczuć zwłaszcza w języku polityków i w mediach. Że mianowicie gwałtowne natarcie konserwatywno-egalitarystycznej propagandy pisowsko-elpeerowskiej przyniosło efekt poważny, ale krótkotrwały. Na początku 2007 r. takie poglądy zdobyły uznanie większości Polaków. Dziś podziela je już tylko (?) 39 proc. O 3 proc. mniej niż na początku 2005 r. Po załamaniu w 2007 r. do poprzedniego poziomu wróciła też grupa osób wyznających najbliższe lewicy poglądy otwarte i egalitarystyczne.

Ogólnie można powiedzieć, że po kilkuletnich zmaganiach ideologicznych Polacy zasadniczo wrócili do linii ideowych podziałów z początku lat 90. Ale jednak pewna zmiana okazała się stosunkowo trwała. Zarówno wśród konserwatystów, jak wśród osób o poglądach otwartych wzrosła grupa wyznająca liberalne poglądy ekonomiczne, a osłabli egalitaryści. Ta zmiana jest szczególnie istotna wśród konserwatystów (z 1:5 na 1:3,5), co niewątpliwie utrudni PiS dezawuowanie Platformy za pomocą liberalnego straszaka. Ale ważniejsze jest to, że liberałowie, którzy po 1989 r. stanowili margines sceny politycznej, mają już poparcie blisko jednej czwartej Polaków, co zdaje się im dawać trwałe miejsce w polskiej polityce. Jak często w życiu społecznym się zdarza, efekt natarcia obozu IV RP istotnie różni się więc od zamierzeń.

***

Mamy za sobą burzliwą, ale szczęśliwą dekadę, która nas nie tylko wzbogaciła i zrelaksowała, ale też istotnie zmieniła i sporo nauczyła. Dzięki tej dekadzie mamy dziś kapitały, które mogą nam pomóc przetrwać cięższe czasy. To jest istotny dorobek. Ale nic się jeszcze nie zdecydowało, nic się nie ustabilizowało, nic nie stało się pewne. Polska wciąż jest in statu nascendi, w trakcie tworzenia. W pierwszej dekadzie XXI w. zrobiliśmy kilka szybkich kroków w dobrą stronę. I mieliśmy szczęście, że w złą stronę nie poszliśmy za daleko. Kryzys pokaże, czy nasz pozytywny dorobek wystarczy, by się z problemami wciąż trwającego czasu przejściowego uporać.


Diagnoza Społeczna to cykliczne badanie warunków i jakości życia Polaków. Od 2000 r. wykonano 5 pomiarów (w dużej mierze na tych samych osobach). Najnowsze badanie przeprowadzono w marcu–kwietniu 2009 r. na próbie 12 381 gospodarstw domowych oraz 26 178 członkach tych gospodarstw, którzy ukończyli 16 lat. W tym roku badanie opłacane jest przez MPiPS z pieniędzy EFS oraz przez PFRON i TP SA. Kierownikiem projektu jest prof. Janusz Czapiński.


 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj