Podobno parę osób umarło z powodu użycia jednych spośród mnogości dopalaczy. Jest to możliwe, ale w żadnej mierze nieudowodnione. Jeśli opuszczę ten świat zaraz po wypiciu ostatniej butelki Chablis, nie oznacza to jeszcze, że zabili mnie producenci wina z okolic Auxerre, gdyż przedtem mogłem zjeść zgniły befsztyk tatarski, przesadzić z viagrą, zlekceważyć migotanie serca albo po prostu Behemot powołał mnie do siebie z jemu tylko znanych powodów. Powtarzam, nie lekceważę możliwości związku między dopalaczami i tragicznym losem denatów, czytając jednak uważnie oświadczenia kompetentnych lekarzy, nie znalazłem nigdzie przesłanek, by sądzić, że został on naukowo, badawczo potwierdzony. Mamy więc do czynienia z drugą niewiadomą równania.
Owszem, skłonny jestem uważać, że dopalacze to świństwo nikomu naprawdę do szczęścia niepotrzebne. Skoro jest zaś ryzyko powodowania przez nie uszczerbku na zdrowiu zażywających, popierałbym ich najsurowszą kontrolę, a nawet, w uzasadnionych przypadkach, zakaz sprzedaży i sankcje dla sprzedających.