Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Nędza dopalaczy

Słowa „dopalacze” używa się w liczbie mnogiej. Nie bez kozery. Dopalaczy jest bowiem ile gwiazd na niebie. Definicji brak. Najogólniej rzecz biorąc, są to najróżnorodniejsze substancje, po które sięgają ludzie w przekonaniu, że to ich wyluzuje i ubarwi im szare dni. Mogą oczywiście być one szkodliwe, równie dobrze neutralne czy zgoła placeboidalne, ale wykluczyć też nie można, że niektóre przez przypadek leczą astmę, hemoroidy albo syfilisa. Krótko mówiąc, chodzi w gruncie rzeczy o wytwory, które należałoby przebadać każdy z osobna, co jest jednak niemal niemożliwe wobec ich mnogości i nieustannej zmienności. Pojęcie „dopalacze” określa więc byt nieznany, miazmatyczny i wieloraki. Oto pierwsza niewiadoma równania.

Podobno parę osób umarło z powodu użycia jednych spośród mnogości dopalaczy. Jest to możliwe, ale w żadnej mierze nieudowodnione. Jeśli opuszczę ten świat zaraz po wypiciu ostatniej butelki Chablis, nie oznacza to jeszcze, że zabili mnie producenci wina z okolic Auxerre, gdyż przedtem mogłem zjeść zgniły befsztyk tatarski, przesadzić z viagrą, zlekceważyć migotanie serca albo po prostu Behemot powołał mnie do siebie z jemu tylko znanych powodów. Powtarzam, nie lekceważę możliwości związku między dopalaczami i tragicznym losem denatów, czytając jednak uważnie oświadczenia kompetentnych lekarzy, nie znalazłem nigdzie przesłanek, by sądzić, że został on naukowo, badawczo potwierdzony. Mamy więc do czynienia z drugą niewiadomą równania.

Owszem, skłonny jestem uważać, że dopalacze to świństwo nikomu naprawdę do szczęścia niepotrzebne. Skoro jest zaś ryzyko powodowania przez nie uszczerbku na zdrowiu zażywających, popierałbym ich najsurowszą kontrolę, a nawet, w uzasadnionych przypadkach, zakaz sprzedaży i sankcje dla sprzedających.

Polityka 43.2010 (2779) z dnia 23.10.2010; Felietony; s. 121
Reklama