No i kończy się rok. Trzeba jeszcze przecierpieć święta i sylwestra, po czym pewnie uda się wrócić do spokojnej normalności. W Polsce ludzie mają gorzej, bo nadgorliwcy dorzucili im jeszcze Trzech Króli. Jest więc czwartek – Epifania, po niej piątek, cholera, co z nim zrobić, i kolejny weekend. Innymi słowy, trzeźwienie dopiero po dwóch tygodniach. Na sylwestra, żeby pozbyć się wapniaków z domu, chce nam kupić beniaminek bilety do opery. – Nie lubię opery – powiedział kiedyś Zygmuntowi Mycielskiemu zbuntowany młodzian. – Której opery? – odpowiedział groźnie Mycielski. Nie przewidział naszej sytuacji. Dziecię ufunduje nam tę operę, która jest akurat na deskach, i starcze gusta nie mają tu nic do rzeczy. Jeśli będzie na przykład „Pierścień Nibelunga”, to zapewne z Basią zwariujemy, ale nie wyjdziemy oczywiście, bo w gmachu jest bufet, a po Wagnerze to już jedyne miejsce, w którym można odzyskać minimum równowagi duchowej.
Oczywiście jest też możliwość, że będzie na przykład „Il ritorno d’Ulisse In Patria” Monteverdiego. To już byłoby lepiej, ale tak czy owak świątynię sztuki zamykają krótko po północy, a na Champs Elysées przewidziane jest minus pięć stopni. Nic dziwnego, że od najbliższej przyszłości człowiek stara się uciekać przed masochizmem, zgoła myśleć się nie chce. Pozostają wspominki i rozrachunki. Czego w tym 2010 r., choćby tylko w felietonach, zrobić nie zdążyłem, co przeciekło przez palce, robiąc zawód przyjaciołom, a mnie samemu przede wszystkim? Niestety, rachunek jest słony. Rzutem na taśmę postaram się go więc na pięć minut przed dwunastą odrobić.
Po pierwsze, bibliografia. Jest jeszcze parę godzin do pierwszej gwiazdki, można więc zdążyć do bukiniera.