Moja babcia (po kądzieli) przeszła niełatwą drogę życiową: Syberia, Witebsk, Wilno, wreszcie Kraków, w którym umarła. Miała fenomenalną pamięć i z każdego etapu swojej życiowej podróży zapamiętywała miejscowe powiedzonka, niektórych do dzisiaj nie udało mi się rozszyfrować. Jej najwyższy komplement o płci brzydszej brzmiał tak: „chytreńki, taki co wie, gdzie i pogłaskać trzeba”. Zrozumiałem całą głębię tej sentencji zobaczywszy, że Jacek Cygan w swoim najnowszym tomiku wierszy („Pies w tunelu”, wyd. Iskry, Warszawa 2011) jeden z nich zadedykował mojej Basi. Jakże mógłbym w takiej sytuacji nie odpisać i nie ustosunkować się (strasznie brzydkie słowo) do rzeczy.
Jacek Cygan ma niezwykłą zdolność zaskakiwania swojej publiczności, do której należę. Jest znawcą, smakoszem, wielbicielem północnych wybrzeży Morza Śródziemnego. Trzy czwarte jego poezji jest związane z tą ziemią, której urody i cierpienia może nikt jak on, Herbert, Baudelaire czy Peter Mayle tak dobitnie nie doświadczył. Picie wina z Jackiem nie ma nic wspólnego z pochłanianiem trunku. To właśnie w takie wieczory czuje się sens słów Baudelaire’a, iż „dusza wina śpiewała w butelkach”.
Ale musi być to napitek z Burgundii lub Akwitanii najwyżej. Ani parę kilometrów bardziej na północ. Podobnie z architekturą, w której odnajduje Jacek cuda niebywałe, ale tylko na południe od Loary. Z ludźmi, ze światłem, z muzyką graną przez niewydarzonego skrzypka dwie godziny po północy na placu w San Gimignano, a może było to w Sienie, jestem przekonany, że on też nie pamięta.
Potem zafascynował się Jacek, z Włoch i Francji nie rezygnując, kulturą żydowską – dzisiaj także śródziemnomorską przede wszystkim.