Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Archiwum Polityki

Żałosne pieśni śpiewamy. 1933-2010

Żal: bardzo polskie słowo. Z żalem żegnamy jednego z najwspanialszych wyrazicieli tego odczucia, Henryka Mikołaja Góreckiego.
Przez większość życia nie był w pełni zdrowy, już dzieciństwo go naznaczyło – zwichnięcie biodra, gruźlica kości, lata spędzone z przykurczoną nogą, szereg operacji. Dobrze wiedział, co to cierpienie. Dlatego w najsłynniejszym jego dziele, „Symfonii pieśni żałosnych”, jest tyle empatii; to ona zauroczyła słuchaczy na całym świecie.

Ale był też człowiekiem mocnym, o silnej woli. Kiedy złamał prawą rękę, pisał lewą. Gdy nie przyjęto go do szkoły muzycznej, poszedł do ogniska, a w kilka lat później był już jedynym studentem kompozycji w Katowicach, któremu urządzono koncert monograficzny. W jego utworach, zwłaszcza młodzieńczych „Scontri” na orkiestrę, cyklach kameralnych „Genesis” i „Muzyczki”, a z późniejszych – w Koncercie klawesynowym, w „Lerchenmusik” i dwóch pierwszych kwartetach smyczkowych słychać także moc i upór, zawziętość i zapamiętanie.

Zawsze był sobą, robił swoje. Kompromisy były mu obce. Na stanowisku rektora Akademii Muzycznej w Katowicach, w czasach PRL, wytrzymał tylko cztery lata.

Kierował się wyłącznie własną intuicją. Kiedy go to interesowało, włączył się w nurt awangardowy, przemawiając mocnym głosem. Później szukał źródeł w muzyce średniowiecza i renesansu, w muzyce ludowej, ale patrzył na nie po swojemu. Zmieniał do nich stosunek, łagodniał. Szczyt tej drogi przypadł na „Symfonię pieśni żałosnych”.

W 1976 r. wykonano ją po raz pierwszy na Warszawskiej Jesieni. Reakcje były skrajne. Jedni krytycy uznali dzieło za genialne, inni odmawiali mu prawa bytu na festiwalu muzyki współczesnej. Gdy powtórzono symfonię na festiwalu w Royan,
francuska prasa nazwała Góreckiego kiepskim imitatorem Pucciniego czy Janáčka. Kompozytor się nie przejmował i szedł dalej. Szedł paroma torami: pieśni religijnych i ludowych na chór oraz utworów kameralnych, z których najistotniejsze były kwartety smyczkowe, wszystkie na zamówienie amerykańskiego Kronos Quartet, który to zespół poznał się na Góreckim już w latach 80.

Szok przyszedł ze zmianą wydawcy na brytyjskie wydawnictwo Boosey&Hawkes, które zaczęło znakomicie promować muzykę Góreckiego. Nowe nagranie „Symfonii pieśni żałosnych” z Dawn Upshaw i London Sinfoniettą pod batutą Davida Zinmana weszło szturmem na czołówki list przebojów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Świat zakochał się w tym utworze i nic dziwnego. Bo na swój sposób ci, którzy uważali, że jego miejsce nie jest na festiwalu muzyki współczesnej, mieli rację: on jest dla szerokiej publiczności.

Spełnił się sen Kopciuszka – tak określał to wydarzenie sam kompozytor, dodając, że go swoim rozumem nie ogarnia. Ale czy coś z tego dla niego wynikło? „Jestem za stary na zmianę stylu i na próby podobania się moim nowym słuchaczom” – mówił. Kto inny mógłby zacząć powielać się na siłę. Ale nie on.

Napisał jeszcze jeden większy wokalny utwór: kantatę „Salve, sidus Polonorum” na tysiąclecie śmierci św. Wojciecha. Nie było to jednak dzieło monumentalne (chór, perkusja, dwa fortepiany i organy) i miało raczej charakter okolicznościowy. Poza tym po 1992 r. jedynymi znaczącymi kompozycjami, które stworzył, było „Małe requiem dla pewnej polki” na zespół kameralny (1993) oraz, znów dla Kronos Quartet, III Kwartet smyczkowy „Pieśni śpiewają”, którego przez 12 lat nie chciał wyjąć z szuflady. Pisał też utwory chóralne oraz drobiazgi dla dzieci z myślą o swoich wnukach.

Nie chciał blichtru ani pieniędzy. Te uzyskane z tantiem przeznaczył na domek we wsi Ząb na Gubałówce. Tam spędził dwie dekady życia, pisząc coraz mniej, praktycznie milknąc. Ostatnią jego pasją było meblarstwo; ponoć robił piękne krzesła. David Harrington, pierwszy skrzypek Kronos Quartet, poprosił go kiedyś o krzesło. Usłyszał odpowiedź: albo to, albo IV Kwartet smyczkowy – wybieraj. Oczywiście skrzypek wybrał kwartet. Nie dostał ani jednego, ani drugiego.

Górecki konsekwentnie odrzucał propozycje od wielkich muzyków, filharmonii, oper. Dopiero po latach przyjął w końcu od London Philharmonic Orchestra i Los Angeles Philharmonic zamówienie na IV Symfonię, której prawykonanie przewidywano na finał Polska! Year w Londynie. Nie ukończył jej – przeszkodziła mu choroba.

Można pomyśleć, że sukces go sparaliżował. Że kompozytor wycofał się z obawy, by nie stać się jego niewolnikiem. Zwłaszcza że mawiał, iż nie chce stać się maszynką do robienia pieniędzy, bo kto goni za mamoną, jest nieszczęśliwy. Ale czy rzeczywiście tylko o to chodziło? Tworzenie jest imperatywem – Górecki szczególnie dobrze o tym wiedział, bo gdyby nie ten imperatyw, który rządził nim w młodości, nigdy nie stałby się tym, kim był. Na szczyty wyniosły go talent i wola walki. Teraz na walkę nie miał już ochoty ani motywacji. Wolał cieszyć się życiem w ukochanych Tatrach. Tak długo, jak mógł. A muzyka? Być może uznał, że powiedział już, co chciał.

To, co powiedział, wystarczy, by uznać go za jedną z najwybitniejszych postaci naszej kultury.

Polityka 47.2010 (2783) z dnia 20.11.2010; Kultura; s. 87
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną