W tygodniku „Solidarność” krytyk filmowy Krzysztof Kłopotowski udzielił moralnego wsparcia reżyserce Ewie Stankiewicz, która od kilku tygodni dąży do obalenia reżimu Tuska-Komorowskiego, przebywając w namiocie na Krakowskim Przedmieściu. Autor celnie porównuje w swoim tekście artystkę do Antygony, ale lojalnie uprzedza: „Nikt Pani nie zabije (...) wrogowie będą raczej tylko obrażać, szydzić, ignorować”. Miejmy nadzieję, że się nie myli.
Jednocześnie Kłopotowski ostrzega: podczas gdy artystka będzie siedzieć w namiocie, „tchórzliwa miernota pozbiera nagrody i przypnie sobie ordery w Pałacu Namiestnikowskim”. Nagród szkoda, zamiast tchórzliwych miernot mogliby je otrzymać twórcy tacy jak Ewa Stankiewicz, chociaż krytyk uczciwie przyznaje, że ma pewne zastrzeżenia do jej filmów. Mówi wprost, że „są za długie”, precyzując, że film „Solidarni 2010” „dłuży się jak tren na śmierć prezydenta”, a film „Krzyż” – „jak nieszpory”.
Zarzucenie dłużyzn nieszporom świadczy o bezkompromisowości autora, który jednak wątku tego nie rozwija. Skupia się na osobie Ewy Stankiewicz, której działalność stanowi wielkie zagrożenie dla rządzących Polską, gdyż może im „zepsuć korzystne interesy”. Interesy te są tak potężne i antypolskie, że Kłopotowski nie ma złudzeń, iż ludzie ci nie dopuszczą do ich zepsucia, zwłaszcza gdy sobie policzą „zwyczajowe prowizje od niekorzystnych kontraktów”.
Nic dziwnego, że autor unika popadania w łatwy optymizm i uprzedza, że w stosunku do artystki mogą pojawić się zarzuty o psychiczne niezrównoważenie. Ostrzega także, że na ogólnonarodowy zryw wolnościowy wywołany akcją namiotową reżyserka raczej nie ma co liczyć.
„Społeczeństwo Pani nie poprze. Każdy ma jakiś kredyt do spłacenia, więc nikt nie zaryzykuje strajków” – uważa krytyk, dając słusznie do zrozumienia, że stoczniowcy w 1980 r. byli w łatwiejszej sytuacji, gdyż nie byli uwikłani w kredyty, nie mieli zatem nic do stracenia.
„Partia i Rząd zepchną Panią z ulicy” – konkluduje na koniec, może nieco zbyt brutalnie, autor. I przewiduje, że obrońcy polskiej sprawy, tacy jak Stankiewicz czy pani Joanna, która swego czasu przywiązała się do krzyża pod Pałacem Prezydenckim, zostaną skierowani do szpitala dla umysłowo chorych, bo „tak radzą przyjaciele z Kremla”. Ta ostatnia sugestia potwierdzałaby zresztą krążące po Krakowskim Przedmieściu informacje o tym, że zaniepokojeni przywódcy rosyjscy działalność Stankiewicz śledzą na bieżąco.
Na szczęście na koniec Krzysztof Kłopotowski zdobywa się na odrobinę optymizmu i pociesza reżyserkę, że dzięki swojej akcji przechodzi ona właśnie do historii kraju. Zapewnia również, że „ktoś, kiedyś napisze o tym wiersz zamiast mojej prozy”.
Nie oszukujmy się, perspektywa powstania wierszy o akcji Ewy Stankiewicz może wywołać w elitach rządzących popłoch, a nawet doprowadzić do spełnienia jej postulatów. A jeśli nie, to z pewnością elity te zostaną mocno osłabione kolejnymi odcinkami prozy Kłopotowskiego, oczywiście pod warunkiem, że tej groźnej broni zdecyduje się on ponownie użyć.