Archiwum Polityki

W pułapce

W 1958 r. jako młody dziennikarz znalazłem się w domu literatów w Oborach pod Warszawą. Można tam było na własne oczy zobaczyć Andrzejewskiego, Brandysa albo Słonimskiego, przy kawie na rozległym tarasie. Ponieważ wszyscy oni byli poza moim zasięgiem i mogłem ich obserwować tylko z dala, więc uwaga moja skupiona była na Jerzym Skolimowskim, który rozmawiał z Andrzejewskim do późnej nocy. Jurek jest o tydzień młodszy ode mnie, a o ile wyżej przez tych siedem dni zaszedł! – myślałem z zazdrością. Skolim trenował boks, miał już opublikowane dwa tomiki poezji i wkrótce miał mieć (a może już miał) największy skarb – Elżbietę Czyżewską.

Elżunia była wtedy wschodzącą gwiazdą teatru i filmu. Podziwialiśmy ją w STS, jak śpiewała „Kochanków z ulicy Kamiennej”, muzycy trochę kręcili nosem, ale nikt nie wątpił, że lepszej wykonawczyni ta piosenka nie miała. Elżunia miała trudne dzieciństwo, a potem miało się okazać, że i trudne życie. Pochodziła z Powiśla, z biednej rodziny, obciążonej alkoholizmem, matka oddała ją do domu dziecka, ale to wszystko było nieważne, liczyła się inteligencja, uroda, talent, energia, młodość i niezwykła osobowość. Elżbieta ciągle się „przebijała” – najpierw z Powiśla do Śródmieścia, potem z Polski do Ameryki, potem z 48 ulicy, gdzie mieszkała, na Broadway. Droga życiowa Czyżewskiej została znakomicie odtworzona w książce Izy Komendołowicz „Elka”, która się właśnie ukazała. Składają się na nią relacje kilkudziesięciu osób, które znały Elżbietę w różnych okresach jej życia – od STS po ostatnie chwile w Nowym Jorku.

Droga Czyżewskiej prowadziła najpierw pod górę, na szczyty. W latach 60., kiedy nie było jeszcze rankingów, była gwiazdą filmową, a później i teatralną, number one. Mogła mieć każdą rolę i każdego reżysera. W masowej wyobraźni pełniła rolę podobną do tej, jaką grała Marilyn Monroe w Stanach. Występowała z najlepszymi, bywała z najbardziej znanymi – Łapicki, Olbrychski, Holoubek, Tyszkiewicz, Dygat. Mikołajska, Kutz, Osiecka – wszystkie drzwi były dla niej otwarte. Kręciła film za filmem. Flirtowała z niejednym. Jak ktoś trafnie powiedział, „była królową Polski”. I to taką, która nie odziedziczyła korony, ale ją zdobyła.

„Pamiętam sylwester w redakcji POLITYKI, chyba to było w 1962 r. – wspomina Kazimierz Kutz. – Przyszło środowisko STS-u, Abramow razem z Ewą Frykowską, pierwszą żoną Wojtka Frykowskiego. Też była z niej niezła kobieta. Ubrała się w czarną sukienkę, z przodu był tiul, wszystko prześwitywało. W pewnej chwili pojawia się Elka ze Skolimem, zawsze się spóźniali, żeby mieć wejście. Siedzę z boku i widzę, że Elka ma na sobie taką samą sukienkę jak Ewa. Myślę sobie: »Jezus Maria, będzie afera«. Ela stanęła jak wryta, wtedy Ewa wstała i mówi: »Pani Elżbieto, pani jest piękną kobietą, utalentowaną aktorką, ma pani wspaniałego męża, a ja jestem tylko dziwką. I co. Obie w tych samych sukienkach«”. Scena ta rozegrała się w gabinecie M.F. Rakowskiego, w starej kamienicy w Alejach Jerozolimskich, tam gdzie dzisiaj stoi hotel Forum. Największy pokój w redakcji służył nam za salę balową.

Trzy lata później (1965 r.) nastąpiło najbardziej brzemienne w skutki wydarzenie w życiu Elżbiety – rozstała się z Jerzym Skolimowskim (z czyjej inicjatywy, to inna sprawa) i wyszła za mąż za Davida Halberstama, korespondenta „New York Timesa” w Polsce. Z dnia na dzień Elżbieta pofrunęła ze szczytu Polski na szczyt USA. Halberstam robił wtedy wielką karierę. Przedtem był korespondentem w Wietnamie, jednym z tych dziennikarzy amerykańskich, którzy podważali oficjalną wersję Waszyngtonu, jakoby Amerykanie podbijali serca i umysły Wietnamczyków, a zwycięstwo było bliskie. Wkrótce Halberstam miał otrzymać nagrodę Pulitzera, jego książki o ekipie Kennedy’ego i o wojnie wietnamskiej to dziś klasyka reportażu politycznego.

Elżbieta trafiła w ręce Wuja Sama. W Nowym Jorku zamieszkała w pięknej i prestiżowej dzielnicy, po drugiej stronie ulicy mieszkał znany pisarz Philip Roth. Kiedy odwiedziliśmy z Agnieszką Osiecką państwa Halberstamów, David zadzwonił do Rotha, do którego wybierali się na kolację, że akurat są u nich znajomi z Polski – znana poetka i dziennikarz. David liczył na to, że poznamy ich przyjaciół. – A, to może innym razem – odpowiedział Roth. Poprzez Halberstama Elżbieta weszła do najlepszego towarzystwa, znała wszystkich: Arthura Millera, Roberta Kennedy’ego, Williama Styrona, Kurta Vonneguta. Był tylko jeden problem – nie udało jej się zrobić kariery aktorskiej na miarę tej, jaką zrobiła w Polsce. Mimo usilnej pracy nad językiem (słownictwo miała imponująco bogate, była też bardzo oczytana), na przeszkodzie stanął silny akcent, rytm zdania, barwa głosu, może i inne względy. Może po prostu zabrakło szczęścia. Elżbieta grała, ale nie na Broadwayu, nie tam, gdzie marzy każdy aktor czy aktorka, zwłaszcza jeśli był już kiedyś na Olimpie.

Mimo umiarkowanego powodzenia nie chciała zająć się czymś innym niż aktorstwo. Jak ładnie wspomina w tej książce Grażyna Drabik, która wykłada literaturę na uniwersytecie w Nowym Jorku, „Elżbieta była częścią bractwa aktorskiego”, „była dumna, że jest pracującą aktorką”. Przeżyła wiele porażek zawodowych, miała nadzieję, była bliska ważnych ról, które jednak w ostatniej chwili dostawał ktoś inny. Ktoś inny na jej miejscu by się zniechęcił – Elżbieta do końca chodziła na castingi i przesłuchania.

Ważną cechą Elżbiety była duma. Duma nie pozwalała jej podjąć innej pracy niż aktorska. W Stanach nie brak aktorów, którzy w przerwach pomiędzy graniem biorą się za coś innego. Przy swych walorach i kontaktach mogłaby znaleźć pracę w fundacji, bibliotece, szkole, agencji aktorskiej lub innej. Na to nie pozwalała jej jednak duma, a także skromne dochody i alimenty, jakie otrzymywała (nie bez problemów) po rozwodzie. Ciekawe, że w całej książce „Elka” nikt o możliwości innej niż aktorstwo pracy nie wspomina.

Ta sama duma nie pozwoliła Elżbiecie po rozwodzie na stałe wrócić do Polski. Uwielbiała Nowy Jork, śledziła przebogate życie kulturalne, pochłaniała nowości, lubiła teatry i – coraz więcej – bary, ale czas mijał. Coraz trudniej było zwinąć manatki i wrócić na tarczy do Polski. Zwłaszcza że niepełne powroty, do jednego filmu czy przedstawienia, nie zawsze kończyły się dobrze. Dla polskich twórców Ameryka stanowi pułapkę, z której niełatwo się wyrwać. Ktoś, kto – jak Kosiński czy Polański – zrobił wielką karierę, nie wraca. Inni, którym się w Stanach powiodło umiarkowanie – wracają, bo nawet skromna aureola „Made in USA” w Polsce pomaga. A na powrót bez aureoli Elżbieta Czyżewska się nie zdecydowała.

Polityka 06.2012 (2845) z dnia 08.02.2012; Felietony; s. 96
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną