Archiwum Polityki

Mężny świerk, falisty jawor

Drzewo na skrzypce wybiera się mężne. A na lutnika nadaje się tylko artysta. Tak przynajmniej jest w Lubinie, gdzie jest więcej lutników niż gdziekolwiek w Polsce.

W Lubinie nie ma filharmonii, orkiestry ani nawet średniej szkoły muzycznej. Jest za to sześciu lutników. Przyjechali tu, bo w Lubinie był Defil, jedyna w Polsce Dolnośląska Fabryka Instrumentów Lutniczych. Potem fabryka splajtowała, a lutnicy zostali. Co drugi z nich jest góralem. Tadeusz Słodyczka mieszkał na Gubałówce, Tadeusz Jasiurkowski w Łącku koło Nowego Sącza, bracia Krzysztof i Zbigniew Węgrzynowie wychowali się w Zakopanem przy ul. Kościeliskiej, skończyli Technikum Budowy Instrumentów Lutniczych w Nowym Targu. – Tam wokół wszystko grało – mówi Krzysztof Węgrzyn. – Góralom gra w rękach nawet siekiera.

Razem z góralami przyjechał do Lubina Jerzy Piórko, który nie jest góralem. Potem doszedł jeszcze Bogdan Kasprzycki, który jako jedyny nie skończył szkoły w Nowym Targu. Jest inżynierem górnikiem po Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pracował w biurze projektów kopalni miedzi. Pierwsze skrzypce zrobił, bo lutnikiem był kolega, z którym latał na szybowcach.

Rocznik ’74 idzie do Defilu

Technikum lutnicze w Nowym Targu powstało w latach 60. Tadeusz Słodyczka poszedł do niego, bo chciał grać na gitarze jak Jimmy Hendrix. Krzysztof Węgrzyn nie chciał być kelnerem, co wróżyła mu nauczycielka, bo kiepsko się uczył. Zbigniew poszedł w ślady starszego brata. Tylko Jerzy Piórko przyjechał do Nowego Targu spod Lublina, bo naprawdę chciał być lutnikiem.

Ale po technikum i tak dziewczyny szły szyć buty w Podhalu, a do czynienia z drewnem mieli tylko ci, którzy kleili narty w Szaflarach. Na 30 uczniów w klasie lutnikiem zostawał jeden, czasem dwóch. Ale rocznik maturalny 1974 był szczególny. Lutnikami została jedna trzecia klasy.

Polityka 51.2002 (2381) z dnia 21.12.2002; Społeczeństwo; s. 132
Reklama