Archiwum Polityki

Świat nie jest piłką futbolową?

Facet dopłynął do połowy jeziora. Nagle wydał z siebie rozpaczliwy bulgot:
– Cholera, zapomniałem, że ja nie umiem pływać!

To wypisz wymaluj moja sytuacja. Wszyscy piszą i mówią o mundialu. Zawołaniom: Polska gola! towarzyszy panikarski okrzyk: Polska lugola! – bo gdzieś tam poszybowała plotka o awarii elektrowni atomowej za miedzą. Ale zainteresowanie tym, co dzieje się na stadionach, jest większe, emocje wyraźniejsze. Nie mylił się mędrzec: w życiu człowieka bez względu na jego wiek sport to dział zabawek.

W anegdotce typek mówi do typka:
– Ależ ty jesteś – nawet nie pytasz, co sądzę o naszej drużynie.
– Więc pytam.
– Och, lepiej nie pytaj!

Wstyd powiedzieć: jedynym sportem, na jaki mnie namawiano, były szachy. Powoływano się przy tym na legendę długo kołaczącą się po Łodzi: było w tej opowieści wszystko, co szeleści banknotami, wabi karierą. Do klubu szachowego zgłosił się tatuś z synalkiem. Tatuś jak tatuś; syn blady był, cherlawy, czegoś zakatarzony.
– Dajcie mu pograć – odezwał się rodzic. – To nie dziecko, to geniusz.

Bywalcy klubu znudzeni sobą zgodzili się na eksperyment. Jak w bajce – chłopak wygrywał partię za partią, nie dawał im szansy. Wtedy pomyślano o grze na wielu szachownicach. Dzieciak stawał przy każdej z nich. Pociągał nosem, w którym bełtał się katar, podejmując błyskawiczną decyzję. W rezultacie wygrał z każdym z zawodników.
– Zaraz po tym tatunio zabrał go do Ameryki. I tam jako mistrz Stanów, showman i milioner żyje do dzisiaj. Nazywa się Reszewski, Mister Reszewski.

Legenda zapadła mi w pamięć. Niestety, nawet z tak nieekstremalnego sportu zrezygnowałem przez zaniechanie.

Polityka 25.2002 (2355) z dnia 22.06.2002; Groński; s. 95
Reklama