Archiwum Polityki

Rok 2004

W powietrzu czuje się wiosnę: już mocno weszliśmy w rok 2002 – rok, w którym trzeba zakończyć negocjacje z Brukselą w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Tymczasem polski rząd kokosi się z ustaleniem zasad sprzedaży i użytkowania ziemi naszym europejskim krajanom, którzy zresztą wcale się nie palą do inwestowania między Odrą a Bugiem. Czy nie daliśmy sobie wmówić fobii, które niepotrzebnie komplikują stosunki z Unią? Wygląda na to, że w pierwszym półroczu zamkniemy dalszych 5 obszarów negocjacyjnych, a nie 6, jak planowano, bo nie zdążymy opracować i uzgodnić planów restrukturyzacji przemysłu stalowego. A Unia nie stoi w miejscu: w miniony weekend na szczycie w Barcelonie Rada Europejska po raz pierwszy debatowała razem z liderami krajów kandydujących – i to nie o negocjacjach, te idą swoim torem – ale o tzw. agendzie lizbońskiej, to jest o ambitnym programie przekształcenia Unii Europejskiej do 2010 r. w najbardziej konkurencyjną gospodarkę na świecie, gospodarkę, której celem jest zrównoważony wzrost i tworzenie nowych i coraz lepszych miejsc pracy. Czyli że Unia przetrawiła już rozszerzenie na Wschód? Sprawa załatwiona? O tym redakcyjna rozmowa z komisarzem Günterem Verheugenem i ministrem Włodzimierzem Cimoszewiczem.

Jak na dziś ułożyliby panowie katalog przeszkód w stosunkach Unia–kraje kandydujące?

Günter Verheugen: Szczerze mówiąc przeszkodą, zwłaszcza w Polsce, jest to, że pierwsze pytanie jest zwykle o przeszkody. Ja bym zapytał: jakie są korzyści? A są wielkie. Rozszerzenie Unii prowadzi do powstania obszaru pokoju, stabilności, pomyślności pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym. Do tego dążymy i bardzo wiele wskazuje, że uda nam się ten cel osiągnąć. A czy są też problemy? Oczywiście.

Polityka 12.2002 (2342) z dnia 23.03.2002; Świat; s. 35