Archiwum Polityki

Rabusie na smokach

Długie łodzie wikingów, ozdobione głowami smoków, wzbudzały popłoch wśród mieszkańców Europy – wojownicy z Północy dominowali na wodach przez kilkaset lat. Dziś langskipy znów wypływają w morze.
JR/Polityka

Flotylle smukłych łodzi pojawiały się nagle na horyzoncie. Z langskipów na ląd wysiadali rośli blondyni i grabili. Łupy ładowali na pokład i odpływali w siną dal. Wszystko działo się tak szybko, że zaskoczeni mieszkańcy nie mieli czasu ani na ucieczkę, ani na organizację obrony. Tak przez kilka wieków wyglądały najazdy wikingów. Już Tacyt w 96 r. zauważył, że lekkie i wąskie łodzie Suinów (czyli Szwedów) mogły żeglować w obydwu kierunkach. Identyczny kształt rufy i dziobu umożliwiał im łatwe przybijanie do brzegu i natychmiastowe odbijanie, bez konieczności dodatkowych manewrów.

Nie wszyscy mieszkańcy Północy byli wikingami. Określenie „iść na wiking” znaczyło tyle, co: uczestniczyć w morskiej wyprawie łupieżczej, która przynosiła bogactwo i chwałę. Bycie wikingiem oznaczało bycie najlepszym żeglarzem Europy, ale i rozbójnikiem. Życie prawdziwego wikinga nie było dla szczurów lądowych. Ich łodzie – niezwykle szybkie, lekkie i wąskie – nie oferowały żadnych wygód. Członków załogi w otwartych łodziach nic nie chroniło przed wiatrem, deszczem czy wysokimi falami, przez co większość czasu siedzieli po pas w wodzie. Jeśli żeglarze w ogóle sypiali, to tylko w skórzanych śpiworach, w razie deszczowej pogody kryjąc się pod brezentem rozciągniętym między burtami. Na statku brakowało miejsca na własne bagaże czy higienę. Aby podwyższyć niską burtę, nad wiosłami zawieszano tarcze, które obok smoczych głów wieńczących dziobnicę podkreślały wojowniczy charakter żeglarzy. Głowy smoków (stąd późniejsza nazwa statku – drakkar) miały odstraszać duchy opiekuńcze miast, na które napadano. W drodze powrotnej zdejmowano je, gdyż mogły wypłoszyć duchy opiekujące się rodzinną osadą.

Polityka 22.2007 (2606) z dnia 02.06.2007; Nauka; s. 84
Reklama