Archiwum Polityki

Chory system

Jestem anestezjologiem z I stopniem specjalizacji i ponad 20-letnim stażem. W zeszłym roku moja pensja zasadnicza wynosiła 1546 zł, obecnie wynosi 1794 zł. Uważam, że chwalenie się rządu podwyżką aż 30 proc. [artykuł „Leczenie smyczą”, POLITYKA 15] jest zwykłą manipulacją i populizmem. 30 proc. od tak niewielkich zarobków stanowi niewielką sumę. Na przestrzeni wielu lat tylko przez okres kilku miesięcy wiązano zarobki lekarzy z ich czasem pracy. Na ogół są podawane dochody bez związku z godzinowym wymiarem pracy. Ja od ponad 20 lat pracuję na 2,5 etatu (około 400 godz. miesięcznie, etat wynosi 170 godz.) i w ten sposób nie udaje mi się uzyskać nawet dwukrotności średniej płacy krajowej. Na ćwierć etatu (bo w tym wymiarze pracuję etatowo) otrzymuję ok. 500 zł na rękę, czyli w wymiarze całoetatowym otrzymywałabym ok. 2 tys. zł – w to wchodzi 30 proc. dodatku pogotowiarskiego i ponad 20 proc. wysługi. Cała służba zdrowia pozostała na dole wszelkich list płac. Dotyczy to wszystkich pracowników tzw. białego personelu. Ponadto pomysły typu „wyliczanie realnego czasu pracy np. lekarzy na dyżurach” świadczą o całkowitym niezrozumieniu, na czym polega praca na przykład w pogotowiu. (...) Są to służby pozostające w pełnej gotowości do szybkiego działania. Podobnie zresztą jest w szpitalu. System płacenia lekarzom rodzinnym jest całkowicie antymotywacyjny i niezbyt przyjazny dla pacjenta. Dużo lepszy byłby system polegający na niewielkiej ryczałtowej stawce kapitacyjnej, połączonej z zapłatą za konkretne procedury w poszczególnych przypadkach (np. za skierowania, recepty, badania itp.). Byłoby to przyjaźniejsze dla pacjenta (lepszy dostęp do procedur i skierowań na badania), motywacyjne dla lekarza (im więcej pacjentów przyjmuje i więcej przy nich robi, tym więcej zarabia) oraz do kontroli przez różne instytucje (łatwiej sprawdzić celowość różnych procedur, jeżeli są udokumentowane).

Polityka 22.2007 (2606) z dnia 02.06.2007; Do i od redakcji; s. 101
Reklama