Archiwum Polityki

Debata z szubrawcem

Jasne, że Front Narodowy nie ma we Francji większości. Jacques Chirac z łatwością wygrał więc wybory prezydenckie. Ale Le Pen, niczym Lepper w Polsce, pozostaje groźną siłą. Tym groźniejszą, że kreował się na trybuna ludu, któremu trudno wykazać błędy i absurdy w rozumowaniu. Ani politycy, ani dziennikarze nie chcą z nim dyskutować. Bo dyskusja zwykle przemienia się w ciąg obelg i wrzasków, z których Len Pen wychodzi górą jako największy dziś krasomówca we Francji. Młodzież francuska chętnie manifestuje przeciw skrajnej prawicy, ale w wielu domach siedzą milczący ludzie, którzy zgadzają się z Le Penem, że tradycyjni politycy zrobili z kraju chlew i trzeba wreszcie silnej ręki.

Na cztery dni przed głosowaniem – Francja wyszła na ulice. W czterech tysiącach różnych manifestacji 1 maja przeciw Le Penowi w całej Francji wzięło udział prawie półtora miliona ludzi. A na doroczne święto Le Pena do Paryża przyjechało tylko 30 tys. zwolenników. Więc prawie półtora miliona przeciw 30 tys.? Nie dajmy się zwieść tym proporcjom. Zwolennicy Le Pena to siła ukryta.

Mówi się, że prawdziwa Francja to nie Paryż, tylko prowincja. Tydzień przed decydującą turą spędziłem w Normandii, ojczyźnie krów i sera, tekstyliów i calvadosu, czyli wódki z jabłecznika.

Polityka 19.2002 (2349) z dnia 11.05.2002; s. 18