Archiwum Polityki

Sanatorium pod Erosem

Kuracja towarzysko-matrymonialna rozpoczyna się w uzdrowisku o piątej po południu. O tej porze lampy kwarcowe gasną, pustoszeją miedziane lecznicze wanny. Na fajfie w restauracji przy deptaku pan w garniturze naśladuje Połomskiego. Aksamitny głos wokalisty rozbudza uśpione zmysły. Woda Zubera, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamienia się w czerwone wino. Parkiet zapełnia się tańczącymi.

Przy stoliku w kącie restauracji w Starym Domu Zdrojowym pani Jadzia, lat 64, opowiada swoją historię. Do Krynicy przyjechała z Białostockiego, by walczyć z podwyższonym cukrem we krwi i sporą nadwagą. Pani Jadzia jest wdową i bywalczynią sanatoriów. Doskonale orientuje się w topografii polskich kurortów, wie, gdzie warto jechać, które uzdrowiska z zasady należy omijać. Omijać należy na przykład Nałęczów, bo tam pojawiają się głównie zawałowcy. Na wiosnę warto odwiedzić Kołobrzeg, zima najlepiej smakuje w Krynicy.

Polityka 11.2002 (2341) z dnia 16.03.2002; Na własne oczy; s. 100