Archiwum Polityki

Piętno uprzedzeń

Atak padaczki trwa czasem tylko kilka sekund, ale może przesądzić o całym życiu chorego. Nauczeni złym doświadczeniem często starają się oni ukryć tę dolegliwość. Choć to akurat najgorsza terapia.

Trzy czwarte Polaków, którzy stają się mimowolnymi świadkami ataku padaczki, odczuwa bezradność, litość i strach. – Wcale mnie to nie dziwi – mówi Michalina Gralak ze Stowarzyszenia Osób Dotkniętych Padaczką i Przyjaciół – „Spokojna Głowa”. Wyniki sondaży nie zmieniają się od lat, więc chorzy zdążyli się do tego przyzwyczaić. Złe nastawienie otoczenia ich nie zaskakuje, choć z pewnością smuci. – Chcielibyśmy, aby ludzie na widok napadu padaczki nie odwracali głowy. Aby nie litowali się nad nami, tylko umieli pomóc – dodaje Gralak. – Nie wiem, dlaczego z tą chorobą związane są wciąż liczne przesądy, które spychają nas na margines życia.

Pierwsze opisy epilepsji odnaleziono na babilońskich tabliczkach z VIII–VII w. p.n.e. Wówczas przypisywano chorobę złym demonom nawiedzającym ciało chorego. A choć już 2400 lat temu sam Hipokrates odrzucił wierzenia Babilończyków, pejoratywne skojarzenia przetrwały do naszych czasów. Dziś oczywiście nikt nie posądza epileptyków, że doprowadzają się do napadów wskutek samogwałtu, ani nie próbuje leczyć padaczki za pomocą rozpalonego żelaza, co było praktykowane w czasach inkwizycji. Ale pozostawianie ich samych na ulicy w chwili napadu albo wyrzucanie z pracy jest na porządku dziennym. – Wypowiedzenie dostałam w momencie, gdy pogorszył się mój stan zdrowia po przedawkowaniu leku, mimo że pracodawca wiedział o mojej chorobie – opowiada Michalina Gralak. – Powiedziano mi wprost, że odwiedzających firmę klientów nie powinna odstraszać karetka pogotowia, którą w razie moich kolejnych napadów trzeba będzie wzywać.

Po tym zdarzeniu przestała szukać nowej pracy (na szczęście miała znajomych, którzy zatrudnili ją w swojej firmie).

Polityka 12.2006 (2547) z dnia 25.03.2006; Nauka; s. 78
Reklama