Archiwum Polityki

Ziemia obiecana

Prezydent Mugabe musi wygrać wybory. Przecież jest ojcem narodu. Na wszelki jednak wypadek zdusił opozycję i zakneblował niepokorne media. Wyprosił z kraju większość zagranicznych obserwatorów. No i obiecał weteranom, że im rozda ziemię. Nie mógł wymyślić lepszej obietnicy wyborczej.

Z Barbarą i jej ośmioletnim synem Najalem jechaliśmy w odwiedziny do właścicieli farmy tytoniowej, położonej około pół godziny drogi samochodem od ich domu. Jechaliśmy wyboistą drogą prowadzącą przez prywatny rezerwat dzikich zwierząt. Minęliśmy dużą grupę antylop kudu, zwolniliśmy przy stadku dużych elandów, a potem zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby przepuścić przechodzące przez drogę ciemnobrunatne antylopy szablorogie. Wjechaliśmy na teren farmy i odtąd jechaliśmy przez puste pola.

Brama wjazdowa była zamknięta, a obok, przy ognisku, siedziała grupa starszych i biednie ubranych mężczyzn. Jeden z nich wstał i ruszył w stronę samochodu. W ręku niósł masywny, prymitywny karabin. Barbara zbladła i wyszeptała: „War vets”.

Zagubieni okupanci

Od wielu miesięcy hasło War vets (skrót od weterani wojenni) budzi gniew i przerażenie białych mieszkańców. Pierwsze dni po przyjeździe do Zimbabwe spędziłam stolicy, Harare. Jego mieszkańcy nie byli bezpośrednio zagrożeni. Wielu wyjechało, to prawda, ale w spokoju sprzedali swoje domy, znaleźli pracę w Nowej Zelandii czy Australii. Wyjeżdżali z goryczą, ale w większym stopniu z powodów ekonomicznych niż bezpośredniego zagrożenia. Dlatego widząc strach Barbary pomyślałam – ona chyba przesadza. Uzbrojony mężczyzna podszedł do samochodu i zajrzał do środka. Zobaczył kilka paczek na tylnym siedzeniu. – Co tam jest? – zapytał. – Różne rzeczy potrzebne mi do pracy – odpowiedziała Barbara. Mężczyzna skinął głową i otworzył bramę. Wyglądało na to, że nie czuje się dobrze w roli okupanta i tak naprawdę nie wie, co powinien robić. Wiedział, że musi zapytać, co jest w samochodzie.

Polityka 10.2002 (2340) z dnia 09.03.2002; Świat; s. 38
Reklama