Archiwum Polityki

Pożar i diament

Rozmowa z nadbrygadierem Januszem Skulichem, komendantem Śląskiej Straży Pożarnej

Barbara Pietkiewicz: – Wyrósł pan na bohatera po akcji ratowniczej w Katowicach.

Janusz Skulich: – Zgodziłem się na ten wywiad pod warunkiem, że pani żadnego bohatera ze mnie robiła nie będzie. Dzisiejsze ratownictwo wymaga rzemieślników, a nie bohaterów. Rzemieślnik jedzie do pożaru albo innego nieszczęścia, ratuje, wraca, przebiera się i jest gotów do następnego wyjazdu.

Musi być jednak czasem bohaterem, ponieść ryzyko, to taka służba...

Rzemieślnik zanim dokona bohaterskiego czynu, wie czym on zagraża. Ryzykant tego nie wie.

I cofa się?

Kiedyśmy gasili pożar zakładów chemicznych w Siemianowicach, w pewnej chwili kazałem strażakom wycofać się. Ogień przeniósł się przez dachy i był już nad nami.

A gdybyście stamtąd nie wyszli?

Tobyśmy zginęli.

Za tamten pożar dostał pan od prezydenta Kwaśniewskiego medal za dzielność.

Nie wiem, kiedy byłem tam dzielny. Pamiętam poczucie strasznej bezsilności, że pożar tak szybko się rozszerza i że nie jesteśmy w stanie za nim nadążać. Pamiętam, że trzeba było zaryzykować, wejść, coś obejrzeć, coś ratować. Może to była ta dzielność.

Zakłady się spaliły. To coście tam zwojowali?

Pożar mógłby być większy, rozprzestrzenić się. Zwykle jest tak, że chcemy uratować jak najwięcej. Rzadko bywa, że możemy wszystko.

W Siemianowicach nie było ludzi, tylko budynki i rzeczy. A jak trzeba ratować nie rzeczy, lecz ludzi?

Też staramy się uratować jak najwięcej. Musimy dokonywać wyborów. W czasie akcji w Katowicach były sytuacje, że ratownicy mieli do uwolnienia spod gruzów dwie osoby. Obu razem nie mogli wydobyć. Musieli kolejno – jednego, potem drugiego.

Polityka 6.2006 (2541) z dnia 11.02.2006; Społeczeństwo; s. 100
Reklama