Archiwum Polityki

Spódnice w marynarce

Takiego szturmu Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni nie przeżywała nigdy: aż jedną czwartą kandydatów stanowiły w tym roku dziewczęta. Niedługo trzeba będzie mówić: nie za, ale do munduru panny sznurem.

Szkoły wojskowe w Polsce dopuściły do studiowania pierwsze kobiety w 1999 r. Tę przełomową decyzję poprzedziły skargi pań do rzecznika praw obywatelskich, że bezpodstawnie odmawia się im prawa startu do tego typu uczelni. – W ustawach o służbie wojskowej jest zapis „obywatel polski”, nic nie ma o płci – mówi kmdr prof. Andrzej Felski, prorektor ds. dydaktycznych AMW. Co więcej, umożliwienie kobietom pełnienia służby wojskowej przewidywał program integracji z NATO. No i stało się. AMW z ponad dziesiątki chętnych wybrała przed trzema laty cztery studentki.

Uczelnia musiała przystosować akademik. Na jednym z pięter, oprócz męskiej toalety i łazienki, wyszykowano damską. Ponieważ pokoje są dwuosobowe, przyjmuje się parzystą liczbę pań. Obecnie, po trzech kolejnych naborach, jest ich 14, zajmują całe piętro. Trzy prekursorki (jedna zrezygnowała) wkrótce obejmą dowództwo drużyn.

W akademii mówi się o nich najczęściej „nasze gwiazdy”, z lekkim przekąsem. Złośliwi powiadają, że dziewczyny zaliczyły więcej sesji zdjęciowych niż egzaminów. Daje o sobie znać coś, co można by nazwać syndromem medialnego niedopieszczenia podchorążych płci męskiej. Podobno błyski fleszy, występy przed kamerami wypaczyły pannom charaktery. Jednak kmdr Stanisław Kwiatkowski, uczelniany psycholog, nie podziela tych osądów. – Płacą po prostu cenę za to, że były pierwsze – konstatuje.

Panny z młodszych roczników wyciągnęły wnioski z opinii o ich starszych koleżankach. Nie rwą się do rozmów z dziennikarzami. Subtelnie zachęcają, by odpytać także kolegów. Jeśli trzeba pozować do zdjęcia, to wołają ich do towarzystwa.

Polityka 33.2002 (2363) z dnia 17.08.2002; Kraj; s. 24
Reklama