Archiwum Polityki

Lont w bucie

Tragifarsa na koniec roku. W trzy i pół miesiąca po ataku terrorystycznym na Amerykę islamski ekstremista o mało co nie doprowadził do eksplozji samolotu pasażerskiego na trasie z Paryża do Miami, usiłując zapalić lont przy ładunku wybuchowym ukrytym w bucie. Jego knowania zauważyła stewardesa, rzuciła się na zamachowca, w obezwładnieniu szaleńca pomogli pasażerowie.

Samolot – w eskorcie myśliwców amerykańskich, gotowych go zestrzelić, gdyby się okazało, że porywacze przejmą stery – wylądował awaryjnie w Bostonie. Islamskim ekstremistą nie był jakiś odszczepieniec z Arabii Saudyjskiej – jak Osama ibn Laden – lecz 28-letni Brytyjczyk, drobny kryminalista, który w więzieniu przeszedł na islam i uczęszczał do meczetu w Brixton. A Brixton to wprawdzie siedlisko biedoty, w tym i muzułmańskiej, lecz przecież to dzielnica Londynu i wychował się tam b. konserwatywny premier brytyjski John Major.

Z tego kryminalnego wydarzenia ostatnich dni 2001 r. wyciągam trzy wnioski: dwa pesymistyczne i jeden optymistyczny. Mimo wszystkich obiecanych środków rygorystycznej kontroli po tragedii 11 września wciąż można przemycić bombę na pokład samolotu. Po drugie, o czym za chwilę szerzej, w masach islamskich, nie „tam” – na Bliskim czy Dalekim Wschodzie, lecz „u nas” w Europie też są ekstremiści gotowi sami umierać i zabijać, a cywilizowany, europejski islam nie rozpoczął głośnej, przekonującej dyskusji z ekstremizmem. Wniosek trzeci, optymistyczny, że pasażerowie wzięli sprawę dosłownie w swoje ręce, krępując ruchy ekstremisty, co może oznaczać, że społeczeństwo obywatelskie rośnie w siłę, przynajmniej na poziomie wojny w małej skali, tam gdzie nie ma noży ani rewolwerów.

W prawdziwej wojnie tego roku, wojnie „nowego typu”, jak ją z miejsca ochrzczono, czyli w walce z terroryzmem zaobserwowaliśmy w świecie niezwykłą zgodę rządów, prawdziwy „koncert mocarstw”, bo do USA przyłączyła się Rosja, a nawet Chiny, w każdym razie werbalnie, zaś konferencja w Petersbergu pod Bonn, gdzie ugrupowania afgańskie układały nowy rząd po talibach, możliwa była tylko dzięki aprobacie rządów, które na co dzień nie mają sobie nic miłego do powiedzenia – USA i oczywiście Niemiec, ale też Iranu, Pakistanu i Indii.

Polityka 2.2002 (2332) z dnia 12.01.2002; s. 16
Reklama