Archiwum Polityki

Jestem artystką lokalną

Rozmowa z Joanną Rajkowską, laureatką Paszportu „Polityki” w kategorii sztuki wizualne

Piotr Sarzyński: – Czy po przerwie zimowej pani „Dotleniacz” znów będzie cieszył warszawiaków?

Joanna Rajkowska: – Wbrew pozorom sprawa nie jest przesądzona. Na spotkaniu władz miasta z delegacją mieszkańców pl. Grzybowskiego i przedstawicieli Centrum Sztuki Współczesnej padła wprawdzie taka ustna deklaracja. Ale nie powstał żaden wiążący dokument. Poza tym odbudowanie „Dotleniacza” wiąże się ze sporymi zawiłościami proceduralnymi. To duża, obliczona na miesiące, operacja logistyczna. Trzeba pisać wnioski, chodzić, załatwiać.

A pani nie może działać w tej sprawie?

Nie mogę i nie chcę. Mieszkańcy doskonale wiedzą, że teraz odpowiedzialność spoczywa na nich. Po drugie, to już dla mnie zamknięty rozdział. Moja aktywność jest skoncentrowana na innych przedsięwzięciach.

Niemniej pozostańmy jeszcze na chwilę przy „Dotleniaczu”, który w końcu zaważył na przyznaniu pani Paszportu „Polityki”. Obrósł on, jak staw trzciną, niezliczonymi interpretacjami.

W moim zamierzeniu jednym z przesłań pracy było odkażenie i dotlenienie tego miejsca, na które radykalny wpływ miała historia, szczególnie trauma getta. Tymczasem proboszcz pobliskiego kościoła powiedział mi, że mieszkańcy sąsiednich domów stawiali „Dotleniacz” w opozycji do ich największej, codziennej zmory, czyli autokarów z wycieczkami izraelskimi. Autobusy parkują tam z włączonymi silnikami. A więc pojawiła się opozycja powietrze czyste–powietrze zanieczyszczone, ale w jak najbardziej dosłownym sensie.

Słyszałem też historię o dozorcy pobliskiej kamienicy, który nagle zmienił się pod wpływem „Dotleniacza”.

Tak.

Polityka 8.2008 (2642) z dnia 23.02.2008; Kultura; s. 68
Reklama