Archiwum Polityki

Komu dzwonią, temu dzwonią

Do niedawna w parafii Kunów w Świętokrzyskiem, jak w całej Polsce, mieszkali sami ludzie wierzący. Wtem wyszło na jaw, że niektórzy są niepraktykujący. A inni wręcz bezbożni – dzwony z kościoła im zaczęły przeszkadzać.

1 Punkt szósta rano leciał nad Kunowem samolot. Dźwięk silników odrzutowych niósł się po ziemi, dudniło apokaliptycznie. Kozy Choroszyńskiego wpadły w strach. Jedna biegała bezładnie, kalecząc wymiona o płot. Choroszyński zapatrzył się w niebo. A wtenczas hałas cudownie przemienił się w pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. Grano na trąbce. Potem biły dzwony kościelne. Psy wyły, a ludzie włączali telewizory, żeby się dowiedzieć, czy to już koniec wszystkiego.

2 Są proboszcze, którzy pragną coś po sobie pozostawić. Poprzedni ksiądz kunowski zorganizował autokarową pielgrzymkę do Watykanu. W jej wyniku zamężna parafianka urodziła księdzu dziecko. Ksiądz stracił parafię. A kiedy w 2006 r. nastał proboszcz Czerwiński, jasne było, że chodzą mu po głowie rzeczy jeszcze donioślejsze. Pół roku później głośniki z kościelnej dzwonnicy oznajmiały ludziom, że wstaje nowy dzień. Powtarzały nowinę co kwadrans. Głośno jak odrzutowce. Ksiądz tak to obmyślił. To kwestia skali, jaką nadaje się swemu życiu.

3 Choroszyński wywodzi swoje nazwisko od chorału lub chóru. Lubi muzykę. Urodził się w Kunowie. W dzieciństwie usługiwał do mszy. W domu ma mnóstwo świętych obrazów, jest wierzący. W młodości miał nadpamięć w zakresie matematyki, szedł na geniusza. Opinię w miejscu pracy posiadał nieposzlakowaną. Zakład oddelegował go do Tarnobrzega, do Siarkopolu. Miał się uporać z tamtejszym pijaństwem, rozbić sitwę malwersantów. Pewnego dnia, gdy sprawdzał przepisową odległość między urobkiem a wagonem, wjechał w niego samochód osobowy. Następne 9 lat spędził Choroszyński w szpitalach.

Jest kawalerem. Mieszka z mamą. Żyje wśród papieru. Stosy wezwań, żądań, podań i sprostowań wypełniają dom.

Polityka 8.2008 (2642) z dnia 23.02.2008; Ludzie; s. 86
Reklama