Archiwum Polityki

Lady Ryder of Warsaw

Kiedy królowa Elżbieta II nadawała jej w uznaniu zasług tytuł szlachecki – a wiąże się z tym prawo do wybrania miasta przy nazwisku – zdumiona brytyjska Izba Lordów usłyszała, że baronessa Sue Ryder, właściwie po mężu Margaret Susan Cheshire, chce połączyć swoje nazwisko z Warszawą. Lady Ryder of Warsaw.

Zmarła właśnie w Zaduszki, rok temu. 77-letnia drobna kobieta, zawsze z jakąś plastikową torbą w ręku, ubrana skromnie, niepozorna tak, że przyjmujący ją kiedyś w Warszawie kardynał zwrócił się z serdecznościami do jej sekretarki. Pamiętam tylko jej świdrujący na wskroś wzrok. Zapewne tak patrzyła na ludzi, od których zbierała datki na utrzymanie swoich domów opieki dla chorych i nieszczęśliwych. Zorganizowała setki takich domów w pięćdziesięciu krajach świata, sama prowadziła ciężarówki z darami, pociągnęła za sobą 24 tys. wolontariuszy do pracy w domach opieki i sklepach charytatywnych.

Szósty zmysł

Gdyby nie wojna, Sue Ryder pozostałaby na rodzinnej farmie w hrabstwie Yorkshire. W 1939 r. skłamała, że jest pełnoletnia (miała w istocie 16 lat) i zaciągnęła się do Fanek, jak Polacy w Anglii nazywali później młode kobiety z FANY (First Aid Nursing Yeomanry – Formacji Pielęgniarek Pierwszej Pomocy). Niedługo później przyjęto ją do tajnej sekcji wojskowej w Anglii, która – według pomysłu samego Churchilla – miała rozniecać ruch oporu w okupowanej Europie. Chodziło o głośny później Zarząd Operacji Specjalnych (SOE); była najpierw krótko w sekcji czeskiej, później – do końca wojny – w sekcji polskiej.

W swoich dwóch autobiograficznych książkach Sue Ryder wyznaje, że jej całe życie naznaczyła tamta wyjątkowa służba, powiązana z tragiczną historią grupy cichociemnych – przybyłych do Anglii oficerów z krajów podbitych przez Hitlera. Wybrani na ochotnika ze zwykłych oddziałów i przeszkoleni w dywersji wracali do swych okupowanych krajów.

Sue Ryder – zaprzysiężona w tej konspiracji – ekspediowała ich z tajnego lotniska w Tempsford, z sielskiej i bezpiecznej Anglii na walkę do kraju; świadomość skrajnego niebezpieczeństwa i prawdopodobieństwa śmierci towarzyszyła im wszystkim (ekspediowano ich zresztą z dawką trucizny, którą mieli zażyć, gdyby ocenili, że po schwytaniu nie wytrzymają tortur).

Polityka 44.2001 (2322) z dnia 03.11.2001; Historia; s. 74
Reklama