Archiwum Polityki

Mam problem: żyję

Pewne jest tylko to, że ona jedyna się uratowała. Prawie półtora roku po wypadku nadal nie wiadomo, co wydarzyło się u duńskich wybrzeży Morza Północnego i kto jest winien katastrofy polskiego jachtu „Bieszczady”, w której zginęło siedem osób. Dlatego brzemię winy nosi Małgorzata Kądzielewska, żeglarka z Łodzi, która przetrwała nocny horror. Do prokuratury wpłynął jej pozew przeciwko pani B., matce zmarłego członka załogi.

To był jeden z kilku standardowych, szkoleniowych rejsów, które Centrum Wychowania Morskiego ZHP organizuje co sezon. Na takim rejsie zdobywa się staż niezbędny do ubiegania się o wyższe stopnie żeglarskie.

Siedmiu żeglarzy (pięciu z patentem sternika jachtowego) z doświadczonym kapitanem na czele miało zamiar spędzić na morzu dwa tygodnie. Z niemieckiego portu Cuxhaven wrócić do Świnoujścia.

• 4 września 2000 r. Załoga przyjeżdża do Cuxhaven, gdzie cumują „Bieszczady”, drewniany, dwumasztowy jacht typu opal III.

Polityka 6.2002 (2336) z dnia 09.02.2002; Kraj; s. 30
Reklama