Archiwum Polityki

Śledzenie śledzia

Jeśli firma ze Szczecina zechce sprowadzić makrele lub dorsze z Norwegii, to jej właściciel najpierw musi udać się do Warszawy. Po zezwolenie na import, którego urzędnik nie może przecież wydać od ręki. Do 20 czerwca wystarczyło, że ryby dokładnie zbadał na granicy lekarz weterynarii, teraz najpierw ministerialny urzędnik musi obejrzeć podanie i zaakceptować nawet przejście graniczne.

Biurokracja stworzyła niezdrową, korupcjo-genną sytuację. - Jeśli dostaję ofertę, a potem tygodniami czekam na zezwolenie, to ryby dawno kupi ktoś inny - irytuje się importer. A pani w Ministerstwie Rolnictwa rozkłada ręce, że sezon urlopowy i ona ma tysiąc podań do "przerobienia", więc muszę być cierpliwy. Jak mam to rozumieć?

Kolejny rozmówca, którego spotykam pod drzwiami departamentu weterynarii, nie mógł się doprosić, aby jego podanie w ogóle zostało przyjęte.

Polityka 32.1998 (2153) z dnia 08.08.1998; Gospodarka; s. 54
Reklama
Ilustracja. Osoby czytające Politykę na różnych nośnikach.

Dołącz do nas!

Będziesz mógł czytać wszystkie teksty autorów „Polityki”.

Subskrybuję

Jesteś już prenumeratorem?

Zaloguj się >