Archiwum Polityki

Polski wieniec

W Taboryszkach dogasa wściekły październik, palą się na żółto liście pod stopami,  już ani jednego na drzewach. Ma się do zimy, z pól zebrane. A tu dożynki. Ksiądz Józef Aszkiełewicz, zwany Mileńkim, zarządził, że mają być. Po raz pierwszy w Taboryszkach. Tylko jak dożynki mają wyglądać, skoro bez pierwszego sekretarza w rajkomie i dyplomu dla przodujących traktorzystów nigdy ich tu nie było od polskich czasów? Sam ksiądz dobrodziej nie wie.

Ksiądz był bokserem. Mówił po rosyjsku i wcale nie myślał o sutannie. Kiedyś w wojsku, na pasie startowym samolotu, nocą, doznał w sobie silnej jasności, jakby mu ktoś w sercu zapalił świecę. Dziwnie zaczęły migotać księżyc i gwiazdy. Szeregowy rozpłakał się. Bóg daje mu oto łaskę nagłego nawrócenia, a on nie potrafi w języku ojców przeczytać najmarniejszej do Niego modlitwy. Wrócił do jednostki i kazał rodzinie wystarać się o polską książkę. Rozpoczął sylabizować na głos.

Polityka 46.1999 (2219) z dnia 13.11.1999; Społeczeństwo; s. 84