Archiwum Polityki

Unik

Kiedy sędzia Andrzej Chmielewski odczytał orzeczenie w sprawie katastrofy promu "Jan Heweliusz", na sali rozpraw Odwoławczej Izby Morskiej w Gdyni zapanował nastrój powszechnej szczęśliwości. Cieszyły się i marynarskie wdowy, i przedstawiciele armatora. Mijają tygodnie, a nikt nie umie powiedzieć, jakie ów werdykt niesie konsekwencje. Orzeczenie jest ostateczne, a wątpliwości ciągle przybywa.

- Wyszłyśmy z sali w euforii, bo sędzia dużo się rozczytywał, że statek w takim stanie nie powinien był wypłynąć w morze - mówi Krystyna Ostrzyniewska o sobie i innych wdowach po marynarzach z "Heweliusza". Dopiero potem, podczas spotkania, zarejestrowanego w lipcu ubiegłego roku, Stowarzyszenia Wdów i Rodzin Marynarzy Promu "Jan Heweliusz", przypomniawszy sobie uradowaną minę Marka Czernisa, prawnika Euroafriki, armatora statku, zaczęły się zastanawiać.

Polityka 10.1999 (2183) z dnia 06.03.1999; Społeczeństwo; s. 65