Zacznijmy od tego, co wiadomo na pewno. Otóż wyrok na budownictwo mieszkaniowe został zawieszony na dwa lata. Do końca 2002 r. nie zostaną podniesione stawki VAT na materiały budowlane, podatkiem tym nie zostaną obłożone przydziały mieszkań spółdzielczych. Minister finansów dał też słowo, że – w ślad za tym – wyda rozporządzenie umożliwiające niepobieranie VAT od mieszkań i domów sprzedawanych przez developerów. Wniosek, jaki z tego płynie, jest jednoznaczny: buduj się kto może.
Drogi kredyt
Łatwo powiedzieć, ale mieszkania nawet na bogatym Zachodzie nie buduje się z bieżących oszczędności, lecz zaciąga na nie kredyt i to wieloletni. Polskie rodziny, nie mające własnego dachu nad głową, znalazły się między młotem a kowadłem. Za dwa lata, jeśli VAT – zgodnie z zapowiedziami rządu – skoczy od razu na najwyższy, 22-procentowy pułap, mieszkania i domy zdrożeją w sposób bardzo dotkliwy. Żeby zdążyć przed podwyżką, należałoby, i to jak najszybciej, wziąć z banku pożyczkę na budowę. Kredyty są jednak bardzo drogie, a ich cenę w znacznym stopniu wyznacza ciągle wysoka inflacja i jeszcze wyższe stopy procentowe, które ustala Rada Polityki Pieniężnej. Hazardziści wprawdzie biorą pożyczki nominowane w ciągle tanim euro, co obecnie jest najbardziej korzystne – nikt jednak nie da gwarancji, że sytuacja taka potrwa przez lata.
Jarosław Kalinowski, przywódca PSL, ma na wysokie stopy bardzo prostą receptę – chce podporządkować NBP Sejmowi i w ten sposób zmusić Radę do ich obniżenia. Tyle że to nie jest lekarstwo, przeciwnie, specyfik mocno szkodliwy. Drogi kredyt szkodzi bowiem bezsprzecznie gospodarce, ale przyczyna prawdziwej choroby tkwi znacznie głębiej.