Archiwum Polityki

Wspólna dziura

Pan powiedział swoje, ja powiem swoje – stwierdził Marek Wagner wchodząc na trybunę sejmową po premierze Jerzym Buzku, by wystąpić w imieniu SLD. Mówiąc „swoje” każdy starał się udowodnić, że nie on budżetowej dziurze winien lub przynajmniej pomniejszyć swój w niej udział. Tymczasem prawda jest taka, że choć z obecnego gabinetu nikt odpowiedzialności zdjąć nie może, pracowali na nią wszyscy od lat.

Sejm nie przyjął informacji rządu o stanie finansów publicznych. Jedynie 133 posłów poparło premiera, aż 236 było przeciwko. Tym razem do opozycyjnej koalicji SLD-PSL dołączyła UW, a także inne ugrupowania prawicowe. Pod koniec swego urzędowania, w jednym z istotnych prestiżowo głosowań, Jerzy Buzek mógł liczyć jedynie na AWS i nielicznych posłów SKL. Można nawet zauważyć, że było ich więcej niż w niejednym głosowaniu zwiększającym na przykład wydatki państwa. To głosowanie było więc czymś w rodzaju ostatniego przejawu lojalności wobec odchodzącego premiera i rządu.

Gdy dziś sięgnąć po programy wyborcze sprzed czterech lat, łatwo można znaleźć postulaty i obietnice wszystkich poważnych ugrupowań dotyczące zmniejszania deficytu budżetowego i dyscyplinowania finansów publicznych. Okazało się jednak, że był to jeden z nielicznych punktów, którego realizacją mało kto się przejmował. Memorandum Leszka Balcerowicza z 1999 r. w sprawie dyscypliny finansowej do dziś nie straciło aktualności, ale jest dokumentem poświadczającym jedynie polityczną niemożność zreformowania finansów publicznych. Nigdy nie było takiej większości, która odważyłaby się powiedzieć, że na przykład cała sfera świadczeń socjalnych musi ulec zasadniczej przebudowie. Powiedział to wyraźnie były minister finansów Jarosław Bauc i... stracił pracę.

Pożytek z sejmowej dyskusji był więc żaden. Wiadomo było z góry, że rząd nie przedstawi żadnego programu na przyszłość. Taki program zresztą mało kogo dziś interesuje, bowiem oczy opinii publicznej zwrócone są i tak na Leszka Millera, Marka Belkę i SLD. Sojusz też nic nie powie, bo najpierw musi wygrać wybory, a tych nie wygrywa się (zdobywając na dodatek samodzielnie większość wystarczającą do rządzenia, a to jest dziś dla SLD podstawowe zadanie) mówiąc, że będzie gorzej.

Polityka 37.2001 (2315) z dnia 15.09.2001; Wydarzenia; s. 16
Reklama