Archiwum Polityki

Ile jest warte szczęście

Amerykanie skonstruowali „indeks szczęśliwości” określający, w jakiej mierze rozmaite czynniki wpływają na zadowolenie z życia.

Jako osoba wychowana według dobrej przedwojennej szkoły wyniosłem z domu dwie prawdy dotyczące pieniędzy. Rodzice nauczyli mnie, że nie leżą one na ulicy (chociaż raz udało mi się znaleźć na chodniku 20 dolarów), poza tym – że pieniądze nie dają szczęścia. Dowody na to wydają się niezliczone. Oto, na przykład, szkocki dziennik „The Herald” doniósł, że książę Walii odwiedzając przytułek dla bezdomnych alkoholików w południowym Londynie nawiązał konwersację z niejakim Ivanem Wellsem z Aberdeen, który przed trzema laty miał nieszczęście wygrać na loterii ponad 200 tys. funtów. Ten pechowiec porzucił wtedy dobrze płatną pracę i przez następny rok jeździł drogimi samochodami, pijąc znakomite wina i spędzając czas frywolnie, czyli – cytuję – „starał się robić wszystko, co czasopisma dla mężczyzn zalecają, by czytelnicy czynili, zanim im stuknie trzydziestka”. Na tyle starczyło mu pieniędzy i po roku był wrakiem człowieka, cierpiącym na alkoholizm i manię samobójczą.

Można sądzić, że jego problemem był niedostatek środków na kontynuowanie wybranego stylu życia. Los niektórych milionerów świadczy jednak, że dostęp do dużej gotówki ma podobnie destabilizujący wpływ na ludzką psychikę. Tak przynajmniej twierdzi, po części na podstawie własnych doświadczeń, psycholog Jessie O’Neill, która pięć lat temu wydała opartą na swej pracy magisterskiej książkę „Złote getto: psychologia bogactwa”. Opisuje w niej nieznaną wcześniej psychiczną dolegliwość zwaną affluenzą – co w wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej bogaczowica (analogicznie do, na przykład, pryszczycy). By ulżyć cierpieniom ofiar affluenzy, pani O’Neill otwarła w Milwaukee klinikę psychoterapeutyczną, w której koszt leczenia wynosi 1000 dolarów dziennie.

Polityka 37.2001 (2315) z dnia 15.09.2001; Nauka; s. 85
Reklama