Archiwum Polityki

Byłem Beethovenem

W poprzednim numerze zapowiadałem, że udaję się do Salzburga na europejski konkurs produktów multimedialnych. Dziś mogę już zdać sprawozdanie z tej wycieczki w wiek dwudziesty pierwszy przeżywany w miasteczku Mozarta i Dopplera. Ci dwaj najsławniejsi salzburczycy, obecni we wszystkich folderach, dopełniają tradycję sztuki i nauki. To co przyszło mi oceniać w Salzburgu, utwory multimedialne, sytuuje się gdzieś w tej przestrzeni: trochę sztuki, trochę nauki, a najwięcej raczkującej technologii.

Pisanie o raczkowaniu jest pewną zuchwałością. Cztery dni siedziałem sterroryzowany przez specjalistów od branży, której obroty wydają się tak niebosiężne, że nie sposób tu mówić o dzieciństwie. Raczkująca dziedzina przerzuca lekką ręką miliony dolarów i ma wszelkie zewnętrzne znamiona dojrzałości. Za nimi jednak kryje się dzieciństwo, chaos technicznych standardów i niejasność co do tego, dokąd to wszystko zmierza.

Patrząc na tak zwane multimedia myślałem o tym, jak przed wiekiem, w czasach kiedy powszechnie kursowały pojazdy zaprzężone w konie, ktoś próbował automobilu. Wczesny automobil warczał, charczał, dymił i co chwila wymagał naprawy, podczas kiedy przeciętna bryczka zapewniała dojazd do celu. Zarzucony stosem CD-romów, DVD, portali i programów on line (czekam na rezultat konkursu „Polityki”, żeby nazwać te zjawiska po słowiańsku) trwałem w wiecznym oczekiwaniu, bo co chwila to komputer się zawieszał, to okna pana Billa Gatesa nie zgadzały się z samym programem, czyli coś się nie dawało uruchomić, dźwięk nie dźwięczał, obraz nie startował, operator rozpaczliwie klikał myszką i całe pokolenie wychowanków komputerowej epoki z benedyktyńską cierpliwością czekało na wynik starań, żeby wreszcie produkt się objawił, czyli zaprezentował swoje wdzięki.

Polityka 31.2000 (2256) z dnia 29.07.2000; Zanussi; s. 89
Reklama