Archiwum Polityki

Ambasador last minute

U Andrzeja Wajdy w filmie „Bez znieczulenia” jest głośna scena: Roman Wilhelmi przymierza frak, bo chociaż wypadł z warszawskich układów, to koledzy na otarcie łez załatwili mu placówkę. Czasy dziś inne, ale byłemu wiceministrowi spraw zagranicznych Radosławowi Sikorskiemu, który – jak się wydawało – już miał nominację w kieszeni i pakował walizkę do Brukseli, nowy minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz postawił szlaban. Pokrzyżował także plany wyjazdowe Michała Wojtczaka z poprzedniej Kancelarii Premiera i byłego posła AWS Krzysztofa Kamińskiego.

W wyobraźni masowej ambasador to niebywały splendor; odrzuceni mają więc czego żałować: nie tylko sprzedanego już mieszkania i samochodów (jak w przypadku b. posła Kamińskiego, który miał już bilety do Nowej Zelandii i naprawdę poniósł szkody), ale zamawianego fraka na eleganckie przyjęcie albo kompanii honorowej przy składaniu listów uwierzytelniających. Choć od PRL wiele się zmieniło, stanowisko ambasadora to ciągle wielki magnes, ucieczka od rutyny dotychczasowych zajęć, nagroda, o którą warto zabiegać profesorowi uniwersytetu, adwokatowi (w 1990 r.

Polityka 48.2001 (2326) z dnia 01.12.2001; Kraj; s. 35
Reklama