Archiwum Polityki

Dokąd lecą Jastrzębie

Przyszła jesienna depresja, a szerokie kręgi wyborców ogarnęła czarna rozpacz. W tej sytuacji naprawdę trudno było zwlec się z łóżka, umyć się, ubrać, pójść do lokalu wyborczego, zapoznać się z kartami do głosowania, odhaczyć na każdej po jednym nazwisku, a potem jeszcze wziąć to wszystko w rękę i pod czujnym okiem komisji wrzucić do naprędce skleconej urny. Zwłaszcza że na tego, na kogo się z takim trudem zagłosowało, w zasadzie w ogóle nie miało się ochoty głosować i prawdę mówiąc, głosowało się na niego tylko dlatego, żeby broń Boże nie głosować na tego, co to wiadomo, że absolutnie nie ma co na niego głosować.

Polityka 46.2006 (2580) z dnia 18.11.2006; Fusy plusy i minusy; s. 108