Archiwum Polityki

W kraju niezachodzącego słońca

W chłodnym cieniu niskich pomieszczeń kryje się ludzka rozpacz i bezsilność. Z powodu rosnących cen zboża na targu, kolejnej wyschniętej studni, sprzedaży ostatnich wielbłądów, dla których nie starczyło nawet kolczastych krzewinek na spalonej żarem pustyni. Pustyni, która bierze we władanie cały Afganistan.

Esmatullah musi się śpieszyć, żeby zdążyć do Andkhoi przed zmierzchem. Jeśli po drodze nic się nie wydarzy, podróż z Mazar-i-Szarif nie powinna mu zająć więcej niż cztery godziny. Dziś rano odwiózł tam swego brata Rahmatullaha, który pójdzie nazajutrz na bazar, poszuka prywatnego przewoźnika i ruszy w długą trasę do pakistańskiego Peszawaru, gdzie jego przyjaciel urządza wesele. Esmatullah nie może mu towarzyszyć: ma mnóstwo roboty w Andkhoi, poza tym chciałby skorzystać z wolnego dnia w piątek i wybrać się wreszcie w odwiedziny do kilkumiesięcznego syna, który mieszka wraz z matką w wiosce Arabsha, niespełna dziesięć kilometrów od Andkhoi.

Polityka 46.2006 (2580) z dnia 18.11.2006; Na własne oczy; s. 116