Archiwum Polityki

Tornado

Na początku był huk. Nie świst, nie szelest, nie skowyt nawet, ale właśnie potężniejący do wymiarów odgłosu eksplozji huk. Było to tak nieznane, że przebudzeni w pół snu nie rozumieliśmy zupełnie, co się dzieje. Dobiegliśmy do okna i okazało się, że to wiatr. Wiatr? – Słowo zgoła nieadekwatne. Huragan też za łagodne. Po wsi szalało obłąkane tornado. Mieliśmy uczucie, że dom się rusza, a dach podnosi w powietrze. Z chwili na chwilę za oknem zmieniał się pejzaż. Za naszym ogrodem, na brzegu Marny rosły bowiem topole zasłaniające widok na rzekę i rezydencję na wyspie, w której ongiś mieszkał sam Yves Montand.

Polityka 3.2000 (2228) z dnia 15.01.2000; Stomma; s. 82