Archiwum Polityki

Misja wesołej kumoszki

Od chwili gdy Maria Wiśniowiecka – z wykształcenia fryzjerka oraz archiwistka po trzyletnim kursie korespondencyjnym – dowiedziała się, że jest nową posłanką, schudła trzy kilo. Cały ten Sejm spadł na nią nagle i do dziś nie może w to jeszcze uwierzyć.

W Ziemięcicach w powiecie tarnogórskim Maria Wiśniowiecka, rodowita Ślązaczka, mieszka od urodzenia, czyli od 1945 r. W tym roku, w dniu swoich urodzin, jak zwykle czekała na życzenia od zaprzyjaźnionego posła Samoobrony Józefa Stasiewskiego, z którym startowała w wyborach dwa lata temu z okręgu rybnickiego. Zamiast jednak oczekiwanego posła, zadzwonił jego kolega z Sejmu z wiadomością o śmierci Stasiewskiego. Nie od razu do niej wszystko dotarło, dopiero jak zatelefonował ponownie i powiedział, że ma się szykować do Warszawy, bo przecież zdobyła najwięcej głosów na liście po Stasiewskim, dopadły ją emocje: – Do dziś nie mogę przyjść do siebie. Od czasu jak zaczęła interesować się nią prasa, bierze nawet tabletki na uspokojenie. – Człowiek czasem tak coś powie... A jeszcze przecież nie jest przygotowany. Ja jestem nerwowa, a jak się jeszcze bardziej zdenerwuję, to już zupełnie nie potrafię się wysłowić. Jestem Ślązaczką, ale wiem, że po polsku trzebo godać – dodaje lekko speszona.

Fakt, ostatnio na katowickiej konferencji prasowej – na której sam przewodniczący Andrzej Lepper ją przedstawiał – gubiła się i nie potrafiła odpowiedzieć składnie na pytania dziennikarzy.

Kariera polityczna Marii Wiśniowieckiej jest dość długa. Wprawdzie nie była w PZPR ani nie należała, jak jej mąż, do kilku związków zawodowych, ale działała w „emerytach”. – Ale jak nas Mamiński sprzedał lewicy, to wzięliśmy 500 osób i w 1993 r. przeszliśmy do Leppera – wyjaśnia Marian Wiśniowiecki, mąż Marii, sekretarz sekcji emerytów i rencistów w gliwickiej Samoobronie. Też startował do Sejmu, choć bez powodzenia, był drugi za Stanisławem Duliasem.

Polityka 34.2003 (2415) z dnia 23.08.2003; Kraj; s. 30
Reklama