Archiwum Polityki

Wołowiec z kością

Z perspektywy warszawskiej kawiarni Czarne, Wołowiec i okolice to kraina mityczna, nasycona osobliwym światłem i frazą Andrzeja Stasiuka. Kraina, w stronę której chciałoby się podążać, aby przeżyć zachwyt, a może i duchowy przełom. Ale gdy wspinasz się łagodnym wzniesieniem od Gorlic, Sękowej i Małastowa, widać tylko dotkliwy brak, narastające rozrzedzenie materii.

Gdy niemiecki tłumacz „Dukli” przyjechał w Beskid Niski, rozejrzał się i powiedział do Andrzeja Stasiuka: – O Boże, teraz jeszcze bardziej podziwiam twoje pisarstwo. Przecież tu nic nie ma.

To, co materialne, namacalne, to dystans do przebycia. Jeśli istnieje coś poza nim, i tak trzeba tam najpierw dojechać, dojść, doczłapać się, co nie jest łatwe, bo wieje, nadciąga mrok, a buty opadają w błoto z wilgotnym westchnieniem.

Polityka 44.2005 (2528) z dnia 05.11.2005; Na własne oczy; s. 116