Archiwum Polityki

Dacza polska

Daczowanie to zdecydowanie najważniejsze weekendowe zajęcie Polaka. Znów w modzie i na fali. Na daczach i daczowiskach harmonijnie egzystują obok siebie różne warstwy i słoje społeczne: niedobitki miejscowych chłopów, inteligenccy emeryci z miasta, nowe warstwy średnie i półśrednie oraz nowy prężny pieniądz. Altanki i budki budowlane stoją w sąsiedztwie wiekowych chałup, przeniesionych tu w kawałkach, a obok wyrastają rezydencje w zachodnim stylu oraz murowane pałace z racji bajkowej ornamentalistyki zwane gargamelami. Polska w pigułce.

Ucieczka z miasta zaczyna się w piątek po południu. Droga to koszmar: tłok, smród spalin, nerwowi trąbią, niecierpliwi wyprzedzają. Na dachach aut rowery, w środku żona, dzieci, psy, czasem teściowie albo zaproszeni na grilla przyjaciele domu. Człowiek już w trakcie podróży popada w zwątpienie, po co cała ta mitręga, jaki jest sens cotygodniowego wędrowania z jednego domu do drugiego. Ale sens jest i to głęboki. Na daczę trzeba jechać z jednego, głównego powodu.

Polityka 33.2003 (2414) z dnia 16.08.2003; Raport; s. 3