Archiwum Polityki

Upadek po polsku

Sprawa miała się następująco: Marek Saganowski się wywrócił. Na pierwszy rzut oka nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyż w Rzeczypospolitej wywraca się dziennie kilkadziesiąt tysięcy osób, osobliwie podczas przymrozków i w pobliżu wyjść z restauracji. Nie banalizujmy jednak zdarzeń przedwcześnie. W końcu wielu obywateli przychodzi jeden do drugiego, a kiedy Rywin do Michnika, to podobno zupełnie inna kwestia. Otóż Marek Saganowski jest piłkarzem nożnym zatrudnionym w warszawskim klubie sportowym o bojowej nazwie Legia, upadł zaś podczas meczu rozgrywanego przez rzeczoną Legię z przeciwnikiem zwącym się nieco obscenicznie Szczakowianką.

I tutaj się dopiero wszystko komplikuje. Upadł bowiem nie byle gdzie, ale w odległości mniej więcej dziewięciu metrów od bramki owej Szczakowianki. Tymczasem prawa piłki nożnej stanowią, że w tak małej odległości od bramki wroga gracz upaść może tylko samodzielnie, w wyniku na przykład poślizgnięcia się, omdlenia itp. Natomiast wszelka pomoc udzielona mu tam, w dziedzinie tracenia równowagi, przez mężczyznę ubranego w koszulkę innego koloru powoduje kopnięcie piłki przez poszkodowanego lub jego kolegę z odległości jedenastu metrów na bramkę innobarwnych, co z prawdopodobieństwem 88,97 proc. (dane podług „Annuaire de Football 2001” s. 723) kończy się zdobyciem gola.

O tym, czy upadek był własno- czy mimowolny, decyduje specjalny, ubrany na czarno i wyposażony w gwizdek urzędnik z zatwierdzonym przez odpowiednie instancje tytułem sędziego, czyli arbitra. Na boisku piłki nożnej, w szczególności zaś w pobliżu bramek, wszyscy się bez przerwy przepychają, ciągną za koszulki, częstują kuksańcami i dają inne niezbędne dowody zaangażowania w wysoko płatnej pracy.

Polityka 25.2003 (2406) z dnia 21.06.2003; Stomma; s. 106
Reklama