Archiwum Polityki

Duński Polański

Rozmowa z Thomasem Vinterbergiem, reżyserem, autorem filmu „Wszystko o miłości”

Wraz z Larsem Von Trierem ogłosił pan kilka lat temu słynny manifest filmowy Dogma ’95, który zrewolucjonizował duńską kinematografię i znalazł wyznawców w całej Europie. Niedawno okazało się, że Dogma to już przeszłość, bo obaj realizujecie filmy niezgodne z duchem manifestu. Co się stało?

Nigdy nie obiecywaliśmy, że pozostaniemy wierni Dogmie. Nie napisaliśmy manifestu, by niewolniczo trzymać się jego reguł. To był eksperyment, którego celem było robienie tanich filmów i ominięcie skostniałego biurokratycznego systemu produkcyjnego w Danii. Spontaniczną zabawę, brak kalkulacji przeciwstawiliśmy zrutynizowanej twórczości, z którą nie chcieliśmy mieć do czynienia. Moja „Uroczystość” i „Idioci” Larsa – pierwsze filmy Dogmy – powstały bez przygotowania. Wystarczyło kilkanaście stron scenariusza, ogólny zarys akcji, grono zaprzyjaźnionych aktorów. Bawiła nas nieprzewidywalność procesu twórczego, improwizacja. Nie liczyliśmy na sukces, nie namawialiśmy, by podążano naszym tropem. Człowiek się jednak zmienia, zaczynają go interesować różne sprawy. „Dogville”, najnowszy film Larsa, który zostanie pokazany w Cannes, to np. czarny kryminał. Ja poszedłem w innym kierunku, zrealizowałem thriller science-fiction „It’s all about love” („Wszystko o miłości”).

Oba te filmy to swoiste superprodukcje, w których trudno dopatrzyć się choćby śladów Dogmy. Akcja filmu „Wszystko o miłości” rozgrywa się w niedalekiej przyszłości na ulicach i w laboratoriach Nowego Jorku, gdzie klonuje się ludzi.

Mój film to sen. Odpowiedź na nieprzemijające milenijne lęki. Pomysł zrodził się, gdy snuto katastroficzne przepowiednie na nowe stulecie.

Polityka 19.2003 (2400) z dnia 10.05.2003; Kultura; s. 66
Reklama