Im bliżej pogrzebu, tym bardziej oczywiste się stawało, że wręcz tylko ułamek spośród pielgrzymów, którzy zdecydowali się na wędrówkę do Rzymu, zdoła wziąć bezpośredni udział w ceremonii, śledzić ją na własne oczy. Od czwartkowego wieczoru zamknęła się też szansa na ujrzenie papieskich zwłok. A jednak wbrew wszelkim racjonalnym przestrogom – że tłok, że nie będzie gdzie głowy przyłożyć, że wszystko trzeba będzie oglądać na telebimie w bocznej uliczce – fala żałobników do ostatniej chwili wzbierała.
Bo też potrzeba i sens pielgrzymowania nie poddają się racjonalnym kategoriom. Pielgrzymka jest ofiarą. Ta akurat – wyjątkową, w intencji Papieża, dla którego pielgrzymowanie było esencją pontyfikatu. Jan Paweł II przywrócił katolicyzmowi tę tradycję. W Polsce była ona zawsze silna, tym bardziej że sanktuaria pełniły rolę kaplic polskości. Świat jednak, jak się wydaje, za czasów polskiego Papieża odkrył na nowo mistykę docierania do miejsc świętych w znoju i skupieniu, z modlitewnym śpiewem na ustach.
Papież do tej pory wychodził pątnikom naprzeciw. Trudy, które znosił, zwłaszcza pod koniec życia, gotowość do bycia wszędzie na Ziemi, z każdym potrzebującym, gotowość podania ręki trędowatemu, skazanemu, zapomnianemu – wymagały wdzięczności i odpłaty. Więc ją otrzymał. Zabrał na ostatnią swą pielgrzymkę miliony.