W ostatnich tygodniach dolar stopniowo, ale konsekwentnie traci na wartości. Wobec euro jeszcze nigdy nie był tak słaby. Oddaje też pole wobec jena. Ekonomiści utrzymują, że przy obecnych rozmiarach amerykańskiego deficytu budżetowego i handlowego, dalsze spadki kursu są nieuniknione. I kłócą się tylko o głębokość przepaści oraz tempo spadania. Sytuacja byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie Chiny, Japonia i kilka innych krajów azjatyckich, które kupują ogromne ilości amerykańskich papierów wartościowych i tym samym finansują deficyt. Nie są też zainteresowane umacnianiem własnych walut (chiński juan jest zresztą na stałe związany z dolarem), bo to utrudniałoby eksport i gospodarczą ekspansję. Amerykański sekretarz skarbu John W. Snow, który w minionym tygodniu odwiedził Warszawę, oficjalnie zachowuje zimną krew i mówi o polityce silnego dolara, którą ma niby prowadzić administracja Busha. W praktyce Amerykanie niewiele jednak robią, żeby wzmocnić swoją walutę. Euro warte 1,40–1,50 dol. w 2005 r. to wielce prawdopodobny i wcale nie najczarniejszy scenariusz.
Polityka
48.2004
(2480) z dnia 27.11.2004;
Ludzie i wydarzenia. Świat;
s. 16
Reklama