O ile problemy socjalne gospodarki miejskiej znalazły swoje, niedoskonałe co prawda, miejsce w Komisji Trójstronnej, o tyle z rolnikami rząd zawsze prowadzi rozmowy "dzikie", puszczone na żywioł, wspomagane przez tworzone naprędce osobliwe twory w rodzaju kościelnego Zespołu Dobrych Usług. Przez ostatnie dziesięć lat kolejne rządy nie chciały przyjąć do wiadomości, że rolnictwo to taka sama sfera budżetowa jak inne, tyle że jeszcze trudniejsza.
Przecież rolnicze związki to nie żadne towarzystwa producentów, to organizacje czysto pracownicze. Rząd jednak nie chce się uznać za pracodawcę polskich rolników. Stąd chaos, kiedy chłopi ruszają do ataku. Na razie blokady dróg są najskuteczniejsze. Uczciwie rzecz traktując, trudno wskazać rolnikom inne sposoby protestu, którymi ktoś by się rzeczywiście przejął. Ważne, aby blokady dróg, skoro były już tak dokuczliwe, wymusiły wreszcie dyskusję szerszą, wręcz ustrojową w tej dziedzinie.
Jeśli skończy się tylko na spełnieniu doraźnych postulatów rolniczych, czyli wpompowaniu kolejnych setek milionów w gospodarstwa rodzinne i odłożeniu sprawy ad acta, następny konflikt jest już w drodze. Warto przy okazji poznać prawdziwy stan polskiej wsi, dowiedzieć się, jak żyją ludzie za miastem, pozbyć się często nieświadomych uprzedzeń i złośliwości. Solenny raport w tej materii byłby dokumentem nie do przecenienia.
Rząd przez wiele dni kryzysu popełniał błędy, działał niekonsekwentnie. Długo nie chciał przyjąć do wiadomości, że blokady kontroluje Samoobrona Leppera i chciał rozmawiać akurat z tymi organizacjami, które blokadami nie władały, choć w nich uczestniczyły. Formalnie, co prawda, protestowały na równych prawach trzy organizacje związkowe, ale już od pierwszej blokady w Świecku rolę nieoficjalnego lidera przejął Andrzej Lepper.