Archiwum Polityki

Nie żyje bal

Czy ktoś jeszcze ma ochotę się bawić, kiedy dwie trzecie społeczeństwa obawia się utraty pracy, a nastroje konsumpcyjne są zmrożone niczym przyroda za oknem? Z kolei elity – w związku z aferą Rywina – oskarżane są, również przez prezydenta, że żyją ponad stan, nadmiernie się bratają, zanadto bankietują, więc jak tu balować? Te pytania zawisły nad tegorocznym, złośliwie długim, karnawałem – a właściwie nad jego najbardziej w III RP postną wersją.

W Internecie pod hasłem „karnawał” znaleźć można znacznie więcej ofert firm sprzedających baloniki i serpentyny aniżeli zaproszeń na bale organizowane przez hotele, pałace, kluby. Wszyscy zgodnie przyznają, że do przeszłości należą (na razie?) czasy, gdy bilety po pięćset, a nawet tysiąc złotych od osoby rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Zresztą o typowym karnawale w ogóle trudno mówić. Tak zwanych imprez otwartych, na które może przyjść każdy, kto tylko wykupi bilet, niemal się nie organizuje.

Polityka 7.2003 (2388) z dnia 15.02.2003; Kraj; s. 24