Do głowy by mi nie przyszło, że coś takiego można wymyślić – to najłagodniejszy z komentarzy Wiesława Bielińskiego, w PRL działacza opozycji, na temat ustawy umożliwiającej ubieganie się o odszkodowanie za internowanie w stanie wojennym. Bieliński, rocznik 1960, jako student prawa i administracji UW na początku lat 80. zaczął wydawać i rozprowadzać książki. Zakładał NZS na wydziale. Kiedy 13 grudnia 1981 r. milicja przyszła po niego, był akurat w Gdyni. Skutecznie ukrywał się do marca. Wpadł, gdy przyszedł odwiedzić mamę. Na trzy miesiące wylądował w więzieniu w Białołęce. Ciężko chorego wypuszczono go w czerwcu dzięki interwencji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.
Dziś na samą myśl, że miałby zdobywać zaświadczenia, stawać przed sądem i udowadniać, że zasługuje na pieniądze, biorą go diabli: – To państwo dało nam w zęby i to państwo posiada komplet dokumentów, które potwierdzają, co nam zrobiło. Inna rzecz, że z budżetu tego, wolnego już, państwa nie wziąłby za represje ani grosza – no, może, gdyby pieniądze pochodziły z funduszu powstałego z obciętych emerytur dawnych funkcjonariuszy peerelowskich służb.
Osoby represjonowane za działalność na rzecz niepodległego Państwa Polskiego w latach 1944–1989 r. mają szansę na rekompensaty od listopada 2007 r. (wtedy weszła w życie nowelizacja tzw. ustawy odszkodowawczej). Kilkadziesiąt tysięcy skazanych za działalność niepodległościową może teraz wystąpić do sądu o unieważnienie orzeczeń i ubiegać się o odszkodowanie i zadośćuczynienie. Internowani o unieważnienia nie muszą się starać, muszą natomiast do 18 listopada 2008 r. złożyć do sądu wnioski o świadczenia. Mogą liczyć maksymalnie na 25 tys. zł rekompensaty.
W stanie wojennym w 52 ośrodkach odosobnienia internowano 9736 osób – opozycjonistów oraz paru członków kierownictwa PZPR; do końca czerwca 2008 r.