Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Archiwum Polityki

Z różnych korzeni

Zwyczajni, to najczęstszy przymiotnik, jakim tę rodzinę obdarzają przyjaciele i znajomi. Niezwyczajna jest tylko polityczna pozycja ojca.
Polityka

Gdyby ktoś zechciał szukać znaku, powinien cofnąć się pół wieku wstecz, do dnia chrztu. To on zapadł w pamięć mieszkańców i gości budynku przy ul. 3 Maja 24/25 w Gdańsku. Na poddaszu domu bowiem został zaprószony ogień. Trzeba było wezwać straż pożarną. W związku z tym świeżo ochrzczonemu Donaldowi Franciszkowi, zwanemu Donkiem, przepowiadano burzliwą przyszłość.

Budynek – stary, z czerwonej cegły, trudno zaliczyć do ekskluzywnych. Obok jest podwórko, które stało się sławne bardzo niedawno, w ramach porównań z miejscami zabaw młodych mieszkańców warszawskiego Żoliborza. Wspomnienia z podwórka przy 3 Maja klimatami przypominają „Chłopców z Placu Broni” Ferenca Molnára. Dookoła było mnóstwo miejsc atrakcyjnych dla chłopackich zabaw: park, cmentarz, zapuszczone działki. Było gdzie walczyć i grać.

W piłkę nożną grali kłębkiem szmat okręconych sznurkiem. Pierwszą piłkę z prawdziwego zdarzenia Donek dostał, gdy miał 12 lat. Kosztowała 320 zł, połowę pensji mamy.

Podwórkowe zdarzenia kształtowały charakter. Był kajtkiem, kiedy stanął w obronie koleżanki. Chuligan ugryzł go w rękę, przez wiele lat świadczyła o tym blizna. Innym razem, miał może 12 lat, stanął w obronie Soni, swojej starszej o dwa lata siostry. Napastnicy spuścili mu straszne manto. – W obu przypadkach – konkluduje Donald Tusk – nie uzyskałem efektu, nie byłem skuteczny, ale do dziś mam poczucie dumy, że zachowałem się tak, jak powinienem. Później, w okresie licealnym, zdarzyło się, że postąpiłem inaczej. Na ulicy nie ruszyłem z pomocą bitemu człowiekowi. Czy była to słabość, strach, brak refleksu? Może wszystkiego po trochu. Rozbity nos bolał godzinę, a wspomnienie sytuacji, w której zawiodłem, pali mnie w środku do dziś.

Wydania specjalne archiwalne Ludzie Roku 2008 (90143) z dnia 27.12.2007; s. 4
Reklama