Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Archiwum Polityki

Nie bardzo cichy Don

Holenderski trener polskich piłkarzy obiecuje, że nie zawiedzie, bo praca to jego prywatna religia.

Po niemieckim mundialu (2006 r.) chciały go zatrudnić bogate federacje RPA, Australii i USA. Wybrał Polskę. Spytany na konferencji prasowej dlaczego, z właściwym sobie luzem odpowiedział: A dlaczego nie?

Dowcipny, elegancki, władczy. Prezentuje typ dominacji zupełnie obcy na polskich boiskach, na których graczy motywuje się często słowami w rodzaju: Musicie, kurwa, chłopaki.

Reklamowano go jako wielki autorytet, trenera z najwyższej półki. Ale szybko znaleźli się tacy, którzy ogłosili, że to nie górna półka, tylko antresola, na którą odkłada się wysłużone gwiazdy.

Na przekór krytykom Polska pod jego wodzą zaczęła grać bardziej elegancko, kombinacyjnie, krótką piłką po ziemi. I bez kompleksów. Dzięki temu po raz pierwszy w historii awansowała do finałów Euro, a autora tego wyczynu okrzyknięto cudotwórcą.

Miłość od zaraz

Pomysł zatrudnienia Leo Beenhakkera przypisuje się prezesowi PZPN Michałowi Listkiewiczowi. Prezes przyznaje, że był za tym, aby po przegranych w żenującym stylu mistrzostwach świata w Niemczech drużynę nadal prowadził Paweł Janas. Wiedział jednak, że histeria, jaka wytworzyła się wokół trenera, wariant taki uniemożliwia. – Dlatego zacząłem myśleć o kandydacie z zagranicy. Osobę Beenhakkera podsunęli mi prawie jednocześnie Paweł Malinowski, młody prawnik działający w PZPN, i gazeta „Super Express” – przyznaje.

Z Holendrem po raz pierwszy spotkał się w Hannoverze i, jak powiada, narodziła się miłość od pierwszego wejrzenia: – Kiedy złożyłem mu propozycję, od razu dostrzegłem błysk w jego oczach. Absolutnie kupił mnie tym, że w tej rozmowie nie poruszył wątku finansowego. No i sam zaproponował, że chciałby mieć polskich asystentów, co nie jest zwyczajem ogólnie przyjętym.

Wydania specjalne archiwalne Ludzie Roku 2008 (90143) z dnia 27.12.2007; s. 32
Reklama