Od pani Thatcher David Cameron usłyszał radę: wysypiaj się, jedz dobrze i czytaj prasę. Następca Żelaznej Damy, która zastała Anglię opiekuńczo-etatystyczną, a zostawiła liberalno-rynkową, wziął sobie te słowa do serca. Ale odciął się zarazem od słynnego zdania Thatcher, które nigdy nie będzie jej zapomniane, że nie istnieje coś takiego jak społeczeństwo. Społeczeństwa nie należy mylić z państwem, rzucił Cameron na zjeździe torysów, wywołując zdumienie na partyjnej prawicy i entuzjazm na partyjnej lewicy.
Po odsunięciu torysów (Partii Konserwatywnej) od władzy w 1997 r. przyszły dla nich lata chude. Najbardziej widocznym objawem głębokiego kryzysu były kolejne klęski wyborcze i częste zmiany lidera. Aż w 2005 r. do walki o przywództwo Conservative Party stanął bliżej nieznany poseł z okręgu Whitney, wychowanek elitarnych szkół w Eton i Oksfordzie, daleki krewny rodziny królewskiej, 39-letni wówczas David Cameron. Wygłosił krótką mowę, w której wyłuszczył prostymi słowami, dlaczego chce być liderem partii. I wygrał, zdobywając dwa razy więcej głosów delegatów niż jego rywal. Jesienią 2007 r. przemawiał już znacznie dłużej: tym razem wyjaśnił zjazdowi, dlaczego chce być liderem kraju. Zebrał oklaski burzliwe i szczere: stał się nadzieją torysów.
Cameron, lider opozycji Jej Królewskiej Mości,
stara się dokonać sztuki, jaka udała się Blairowi w przypadku Labour Party (Partii Pracy): przekonać Brytyjczyków, że partia pod jego przewodem to całkiem nowa propozycja. Dlatego mówi i robi rzeczy łamiące stereotypowe wyobrażenie konserwatystów. Uprawia warzywa w ogródku, pisywał felietony dla lewicowego „Guardiana on-line”, słucha songów Boba Dylana, pokazuje się w koszuli bez krawata i jeździ do pracy na rowerze (na wszelki wypadek towarzyszy mu limuzyna, ale jej kamery zwykle nie pokazują).